Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcystyczna babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcystyczna babcia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

W sądzie z narcystyczną matką - wniosek o kontakty z wnukami

Dziękuję za komentarze, listy i podpowiedzi. Widzę, że najpilniejszym tematem, który powinnam poruszyć, jest spotkanie z narcystyczną matką w sądzie.

Dopóki apelacja matki nie została rozstrzygnięta, nie mogłam opisywać żadnych szczegółów tutaj. Mój prawnik jasno mi to odradził. Ona również mogła przeczytać to, co publicznie piszę i wykorzystać to przeciwko mnie. W moim interesie było więc nie poruszać pewnych wątków. Ale wyrok właśnie się uprawomocnił, więc podzielę się teraz z Tobą wszystkim, co wiem.

Takie spotkanie w sądzie prędzej czy później czeka każdą z nas - narcyzy to osoby, które nie cofną się przed niczym, by pognębić córkę, droga przemocy i przymusu jest ich naturalnym sposobem osiągania swoich celów. Możesz się z jej strony spodziewać pozwów o kontakty z dziećmi, alimenty na nią, znęcanie się nad nią, bezumowne korzystanie z rzeczy, które Ci dała, zwrot darowizn i nakładów na Twoje wykształcenie, itd. itp. Dodatkowo,  narcyzy wyznają specyficzną wiarę w instytucje i formalizmy, połączoną z głębokim, typowym właśnie dla narcyzmu przekonaniem, że mają więcej praw od innych i sąd po prostu musi się dostosować do ich życzeń, bo są przecież takie wyjątkowe i wspaniałe. Ta ostatnia cecha może jednak okazać się bardzo korzystna dla Ciebie w toku postępowania. 

Dziś pisze o przypadku, gdy matka pozywa Cię o kontakty z dziećmi. Dokładnie, nie jest to pozew, tylko wniosek do sądu rodzinnego o uregulowanie kontaktów z wnukami. We wniosku tym, matka powinna przedstawić dowody na dotychczasowe kontakty (np. zdjęcia), opisać sytuację (dlaczego i od kiedy nie ma kontaktów z wnukami) i opisać, jak  życzy sobie, by te kontakty miały wyglądać (kiedy i gdzie chce się spotykać z wnukami). Nie zdziw się, jeśli okaże się, że matka pragnie zabierać Ci dzieci we wszystkie weekendy i połowę świąt. Większość z nich, jak przystało na osoby mające przerośnięte poczucie własnej ważności, ma większe oczekiwania w kwestii kontaktów niż ojcowie po rozwodzie. Niech Cię to nie przeraża. Przyznanie kontaktów babci w tak dużym zakresie przez sąd jest zupełnie nieprawdopodobne. 

Wniosek to jest pierwszy punkt, w którym możesz ją przyłapać na kłamstwie. Narcyza, jako patologiczna kłamczucha, zwykle nie oprze się pokusie skłamania już w tym pierwszym piśmie - na przykład na temat tego, kiedy kontakty ustały i z jakich powodów. Ponieważ lubi rolę biednej ofiary, będzie przesadzała we wszystkim. Nawet, jeśli napisanie samej prawdy byłoby wystarczające. Np. ona będzie twierdziła, że nie widziała wnuczki 3 lata, a Ty masz jej zdjęcie z wnuczką sprzed roku. Albo, że odcięłaś dzieci od całej rodziny, podczas gdy spotykasz się z kuzynami. Przy ich użyciu będziesz mogła wykazać, że matka kłamie. Nawet niekoniecznie w Waszej sprawie. Chodzi o ogólne podważenie zaufania sędziego do jej zeznań. Więcej o tym za chwilę. 

Jej wniosek zobaczysz dopiero wtedy, kiedy sąd wyznaczy termin posiedzenia w Twojej sprawie, dopiero wtedy dowiesz się, czego matka chce i jakie ma dowody. Dlatego, jeśli spodziewasz się sprawy w sądzie, zadzwoń co jakiś czas do biura podawczego i zapytaj, czy jest coś do Ciebie w takiej sprawie. Zawsze jest lepiej mieć więcej czasu na przygotowanie się. Ja się dowiedziałam z dużym wyprzedzeniem przez przypadek, bo matka złożyła wniosek do niewłaściwego sądu.

Zgromadź wszystkie swoje dowody: maile od i do matki, smsy, zdjęcia, zeznania świadków z rodziny, jej wpisy na mediach społecznościowych, nagrania audio i wideo. Opisy interwencji policji, jeśli były, wyroki w innych sprawach sądowych, zaświadczenia od psychologów, lekarzy, mediatorów. Zrób zdjęcia smsów, zapisz wszystko w kopii zapasowej. Spisz to punkt po punkcie. Opresja psychiczna jest trudna do udowodnienia, bo nie pozostawia wielu śladów, ale jeśli przejrzysz wszystkie kanały swoich kontaktów z matką, na pewno sporo znajdziesz. Przypomnij sobie wszystkie sytuacje, w których matka źle się zachowywała wobec dzieci (zastraszanie, buntowanie ich i nastawianie przeciwko rodzicom, negowanie i sabotowanie Twoich zasad i metod wychowawczych, przekupywanie dzieci, nakłanianie dzieci do kłamstwa, wciąganie je w spiski i zajmowanie stron, niepodawanie leków albo podawanie jedzenia, które szkodzi dzieciom, itd.).  Oraz sytuacje, gdy zachowywała się wobec Ciebie i innych członków Twojej rodziny w sposób, który szkodzi dzieciom (np. deprecjonowała Ciebie lub męża w obecności dzieci, opowiadała im zmyślone historie, odzywała się do was bez szacunku w ich obecności, awanturowała się, nie chciała Wam oddać dzieci, itd.).  Jeśli nadal jesteś w kontakcie z matką, niech będą to kontakty wyłącznie na piśmie. Narcyzy dużo, odruchowo i bez potrzeby kłamią, sama poda Ci na tacy swoje kłamstwa, jeśli wszystko będziesz rejestrować. Nagrywaj rozmowy telefoniczne z nią, rób po nich notatki, żebyś wszystko pamiętała. Jednak omów sprawę ich użycia z prawnikiem. Nagrywanie bez wiedzy nagrywanego nie jest mile widziane w sądzie, ale jeśli nie będziesz miała nic innego, będzie musiało wystarczyć. Warto powiedzieć w sądzie, że opresja psychiczna nie pozostawia siniaków, więc zmuszona byłaś uciec się do tej metody, np. skoro matka zaprzecza, że Cię wyzywa w obecności dziecka. Co zrobić, jeśli jest tego niewiele? Spróbuj sprowokować matkę do działania - załóż na przykład profil swojego dziecka na Facebooku. Nie minie tydzień, jak ona podejmie próbę kontaktu i szybko przejdzie do obsmarowywania Ciebie przed dzieckiem, myśląc, że z nim rozmawia. Zrób zrzuty ekranu je wypowiedzi. Wyszukaj w Googlach jej imię, nazwisko, adres e-mail. Ja tak trafiłam na forum internetowe, na którym moja matka, pod własnym e-mailem jak przystało na tę idiotkę, szukała informacji o tym, jak pozbawić matkę praw rodzicielskich, chociaż nie ma żadnych dowodów na przemoc w rodzinie. Nagrałam ją również na dyktafon, jak będąc u nas w domu, awanturuje się w obecności zdenerwowanego dziecka, wygrażając nam odebraniem praw rodzicielskich. Nawet nie musiałam użyć tych dowodów w sądzie, ale warto je mieć. To nie są przyjemne sprawy i wolałabym takich rzeczy nie robić, ale wierz mi, Twoja matka nie cofnie się przed niczym, więc musisz mieć oręż, by się z nią zmierzyć. To działa również w drugą stronę - pamiętaj, że ona może Cię nagrywać, podsłuchiwać i użyć wszystkiego, co kiedykolwiek było między Wami przeciwko Tobie. 

Następnym krokiem, kiedy dostaniesz wniosek matki, będzie odpowiedź na niego. Zdecydowanie doradzam wziąć sobie do pomocy pełnomocnika. Raczej adwokata, nie radcę. Najlepiej specjalistę do spraw rozwodowych i o opiekę nad dziećmi. Takiego, który nie boi się ostrej jatki, bo niestety, taka sprawa może być bardzo nieprzyjemna. Weź najlepszego, na jakiego Cię stać. Pełnomocnik przejmie pałeczkę, jeśli Tobie nerwy odmówią posłuszeństwa. Zadba o Twoje interesy. Pełnomocnik będzie też przydatny, kiedy padną wnioski i propozycje podczas sprawy - będzie mógł Ci wytłumaczyć ludzkim językiem co to jest, jakie są plusy, a jakie minusy danych rozwiązań. Sama sobie raczej nie poradzisz. Jeśli nie stać Cię na adwokata, sprawdź w sądzie rejonowym i na najbliższym wydziale prawa, czy są jakieś dyżury bezpłatnej pomocy prawnej. Warto skorzystać choćby z takich wskazówek. Odpowiedź na wniosek nie musi (i nie powinna) zawierać wszystkiego, co masz do powiedzenia w tej sprawie. Powinna być krótka, np. odmawiasz kontaktów, bo babka uporczywie wykazuje niewłaściwa postawę wobec dzieci, co jest sprzeczne z ich dobrem. Nie pisz zbyt wielu szczegółów, by nie dawać jej czasu na przygotowanie się, merytoryczne i emocjonalne do rozprawy. Dobrze ją będzie paroma rzeczami zaskoczyć na rozprawie, bo narcyza zaskoczona krytyką (ona odbiera proste opisanie faktów jako agresywną napaść na siebie) łatwo traci wszelkie panowanie nad sobą.

Zanim dojdzie do rozprawy, możesz spodziewać się wizyty kuratora sądowego. Sąd nie musi go przysyłać, ale może. Jeśli go wyśle, to prawdopodobnie i do Ciebie do domu, i do Twojej matki. Ona będzie tym pewnie zupełnie zaskoczona, więc już na tym etapie nakłamie i nakręci, a tym lepiej dla Ciebie. Kurator przyjdzie niezapowiedziany, nie denerwuj się tym, ani specjalnie nie przygotowuj do tej wizyty. Nie pucuj domu, nie szykuj wyjątkowo zdrowych posiłków. Po prostu bądź sobą, przygotuj się jedynie, by opowiedzieć, dlaczego nie zgadasz się na kontakty z matką, bo padnie o to pytanie. Tu również nie za dużo szczegółów, bo raport z wizyty kuratora sądowego znajdzie się w aktach sprawy i lepiej nie ułatwiać matce przygotowania się. Kurator wypyta o Waszą rodzinę - ilość dzieci, dochody, szkoły, zdrowie dzieci, sprawdzi warunki mieszkaniowe, itd. Może zamienić parę słów z dzieckiem, ale nie będzie go wypytywał o sytuację z babcią. Do mnie kuratorka przyszła dość bojowo nastawiona - we wniosku o kontakty moja matka opisała siebie jako kochającą babcię, która od pierwszej chwili życia wnuków hołubiła je i wychowywała, a mnie jako bogatą zimną sukę, która najpierw zaoszczędziła na niani korzystając z pracy babci, a potem wyrzuciła biedaczkę na śmietnik. Ale bardzo szybko zmieniła nastawienie, kiedy opowiedziałam jej historię i zobaczyła mój normalny dom i moje ufne, szczęśliwe dzieci. Kurator może też przepytać o Twoją rodzinę sąsiadów, ale bez obawy, nawet jeśli nie żyjesz ze wszystkimi w zgodzie, to nie będzie miało istotnego znaczenia, póki ktoś z nich nie powie, że był świadkiem awantur, bijatyk, ciągłych płaczów dziecka itd.

We wniosku matka będzie musiała podnieść podstawę prawną, na jakiej wnosi o kontakty z wnukami. Warto zaznaczyć, że Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy w art. 113, na którym się większość z nich opiera, reguluje jedynie kontakty dzieci z rodzicami, nie wspominając o dziadkach. Jednak prawo uregulowania kontaktów dziadków z wnukami potwierdził Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 14 czerwca 1988 roku (sygn. III CZP 42/88). Pełną treść znajdziesz w internecie, dla nas najważniejsze jest, iż Sąd Najwyższy stwierdził, że dziadkowie mogą żądać uregulowania osobistych kontaktów z wnukami, jeżeli leży to w interesie dzieci (pogrubienia są moje).  To bardzo ważne, bo w toku postępowania sądowego musisz przekonać sąd, że spotykanie się z Twoją matką nie leży w interesie Twoich dzieci. Dalej, Sąd Najwyższy stwierdza, że "(rodzice) powinni zatem dla pełnego rozwoju jego osobowości umożliwić dziecku kontaktowanie się z jego krewnymi (dziadkami) przy właściwej ich postawie i korzystnym wpływie na dziecko.". To drugi punkt, na podstawie którego możesz obalić żądania matki. Trzeba udowodnić, że postawa babci jest niewłaściwa i ma ona niekorzystny wpływ na dziecko. Drugim ważnym punktem, na którym możesz podważyć roszczenia narcyzy jest to, że przepisy Kodeksu Rodzinnego o regulowaniu kontaktów stosuje się odpowiednio do kontaktów rodzeństwa, dziadków, powinowatych w linii prostej, a także innych osób, jeżeli sprawowały one przez dłuższy czas pieczę nad dzieckiem. Co to znaczy sprawować pieczę nad dzieckiem? To znaczy, jeśli Twoje dzieci mieszkały u dziadków i byli oni jego głównymi opiekunami, którzy podejmowali decyzje na jego temat itd. W praktyce się to nie zdarza, poza sytuacjami, gdy np. długo leżałaś nieprzytomna w szpitalu czy coś w tym rodzaju. Opieka nad dziećmi, okazjonalna czy codzienna, kiedy Ty jesteś w pracy, nie jest tego rodzaju pieczą. Więcej na ten temat dowiesz się od prawnika.

Większość narcystycznych matek ma przekonanie o swoich szczególnych uprawnieniach i podchodzi do tej sprawy jak do dochodzenia swoich osobistych praw do widywania się z dziećmi. Moja, zanim poszła do sądu, wielokrotnie nas pisemnie wzywała do zaprzestania naruszania jej praw (co ignorowaliśmy). Tymczasem w polskim prawie i w orzecznictwie jest jasne, że prawo do widywania się z dziadkami jest prawem dzieci, a nie dziadków. Dla dziadków jest to przywilej, z którego mogą korzystać pod pewnymi warunkami. Te warunki to dobro dziecka i ich właściwa postawa. Na tym musisz się skupić podczas postępowania.

Rozprawa w sądzie będzie się składała z przesłuchań obu stron, sędzia będzie zadawała pytania, Ty będziesz mogła zadać pytania matce, a ona Tobie. Zacznie się od wysłuchania wnioskodawczyni, czyli Twojej matki. W trakcie jej wypowiedzi zapisz sobie krótkimi hasłami najważniejsze z tego, co mówi, by odnieść się do tego w swojej wypowiedzi. Pamiętaj jednak, że ona zrobi wszystko, by Cię sprowokować do utraty panowania nad sobą i zacznie wypowiedź od totalnego ataku na Ciebie i Twoją rodzinę. Chodzi jej o to, by zepchnąć Cię w tej walce do narożnika, przejąć inicjatywę i nadać ton całej rozprawie. Ona chce, byś musiała skupić się na bronieniu siebie i swojego dobrego imienia, aby mowa była o Tobie i Twoich rzekomych wadach, a nie o niej i krzywdzie jaką wyrządziła Twoim dzieciom. To jest stała taktyka narcyzów. Nie pozwól się kontrolować. Cokolwiek matka nie powie, pamiętaj, że jesteś tam po to, by opowiedzieć sądowi dlaczego uważasz, że Twoje dzieci nie powinny się z nią spotykać. a nie po to, by rozmawiać o Tobie i wyjaśniać jaka naprawdę jesteś. Na jej oszczerstwa i insynuacje odpowiedz krótko, że to kłamstwa i przejdź do tego, co chcesz powiedzieć o niej. Moja matka zaczęła swoją wypowiedź od tego, że wnosi do sądu o wyznaczenie kuratora mojej rodzinie i wysłanie dziecka na badania, bo dziecko jest bite, maltretowane, zastraszane i manipulowane przez matkę, czyli przeze mnie. Wyobrażasz sobie, jak się zdenerwowałam. Zachowałam jednak spokój, zgodnie z radą prawnika. Jak usłyszysz coś takiego, weź głęboki wdech i potem powoli wypuść powietrze z płuc. To pomaga. Matka mnie ostro atakowała, a mój prawnik przez dłuższą chwilę nie reagował na to. Powiedział mi wcześniej, że tak właśnie będzie, wstrzymywał się po to, by ona mogła pokazać swoim zachowaniem sądowi, jaką jest osobą. A ja się miałam pokazać jako osoba, która nie daje się ponieść emocjom, choć atakowana. Nie przerywaj jej wypowiedzi, choćby nie wiem, co mówiła. Moja się wkrótce zaplątała sama w swoje kłamstwa i na pytania sądu, co konkretnie ma na myśli, nie umiała odpowiedzieć, poza wykrzykiwaniem, jaka to jestem straszna. Kiedy zaś nadejdzie chwila Twojej wypowiedzi, podsumuj krótko, że to wszystko kłamstwa i że właśnie takie kłamstwa Twoja matka przekazuje Twoim dzieciom na Twój temat, deprecjonując Cię i niszcząc Twój autorytet i więź z dziećmi. I dlatego uważasz, że nie powinny jej widywać. Dodaj do tego wszystkie inne fakty dotyczące tego, co ona robi. Jak widzisz, w wielu przypadkach narcyza sama poda Ci amunicję do walki ze sobą. Ją łatwo sprowokować mówiąc samą prawdę - kiedy narcyza słyszy publicznie krytykę pod swoim adresem, to ją boli potwornie i w obronie swojego wizerunku traci panowanie nad sobą. Moja matka kilkukrotnie przerwała nie tylko moją wypowiedź, ale także wypowiedź sędziego. W ogóle, jej postawa była bardzo arogancka.

Mój prawnik zwrócił moją uwagę (i był przekonany, że nie uszło to również uwadze sądu) na fakt, że w zasadzie wszystkie wypowiedzi matki były o niej. To nie dziwi, bo każdy narcyz interesuje się wyłącznie sobą, swoimi uczuciami, potrzebami i swoimi roszczeniami. Matka perorowała, jaka to ona jest wspaniała, ale pokrzywdzona przez los, jak to ona jest biedna i prześladowana, jak to ona przeżywa i tęskni za wnukiem. Ani słowa o dziecku i jego uczuciach. Ty za to mów tylko o dziecku, o tym jak ono się czuje, jak odbiera zachowanie babci, jak wygląda po jej wizycie, jakie skutki wywiera jej postępowanie na życiu Waszej rodziny. O sobie też możesz wspomnieć, ale wyłącznie w kontekście dziecka, np. mów o tym, że matka źle Cię potraktowała, ale nie chciałaś się kłócić przy dziecku i odłożyłaś na bok swoje uczucia. To nie było dla mnie trudne, bo faktycznie i w zgodzie z prawdą mogłam powiedzieć, że tolerowałam bardzo długo okropne rzeczy tylko po to, by dzieci mogły mieć babcię.

Wiem, że odczujesz ogromną pokusę, by korzystając z pierwszej być może w Twoim życiu okazji, opowiedzieć o całej krzywdzie, która spotkała Cię ze strony matki, ale powstrzymaj się od tego. Sądu w tym przypadku nie interesuje za bardzo co się działo między Tobą i matką w przeszłości. Interesuje go tylko tu i teraz, wyłącznie w odniesieniu do kontaktów babcia-dzieci. Wasze wzajemne stosunki nie mają istotnego znaczenia, jak długo nie wpływają na dzieci. Unikaj więc jak ognia postawienia się w roli osoby, która pragnie zemsty na babci i uniemożliwia te kontakty ze względu na osobiste urazy wobec niej. Z całą pewnością narcyza zarzuci Ci, że masz urojone poczucie krzywdy i mścisz się na niej, odmawiając jej kontaktu z Twoim dziećmi i jesteś tak zapiekła w swojej złości i żalu do niej, że krzywdzisz własne dzieci pozbawiając je kontaktu z ukochaną babcią. Nie reaguj na to. Mów o tym i tylko o tym, co ma istotne znaczenie dla kontaktów jej z dziećmi i wpływu jej na Twoje dzieci. Na przykład nie opowiadaj o tym, jak matka traktuje Ciebie w ogóle, ale powiedz konkretnie jak traktuje Ciebie w obecności Twoich dzieci, wyjaśnij, że jest to niewłaściwe i daje dzieciom złe wzorce, że wychowujesz swoje dzieci w szacunku wzajemnym i wypowiadanie się do drugiej osoby w ten (opisz to konkretnie) sposób jest niezgodne z wartościami Twojej rodziny. Trzymaj się faktów i konkretów. Np. powiedz, że matka podważa Twoje metody wychowawcze, np. dając dzieciom słodycze, kiedy Ty zabraniasz, że wielokrotnie ją prosiłaś, by tego nie robiła, a ona nie zmienia swojego postępowania i robi to stale, takie zachowanie w sposób trwały niszczy Twój autorytet rodzicielski. Jeśli matka nastawia dzieci przeciwko Tobie, opisz dokładnie, co, kiedy i jak zrobiła, i jaki miało to wpływ na dzieci (zaczęły sprawiać trudności wychowawcze, buntowały się, źle sypiały, zaczęły mieć lęki itd.). Jeśli matka Cię deprecjonuje wobec dzieci, opisz jak to robi, kiedy i jakimi słowami. Jeśli Twoje dzieci chodzą na terapię psychologiczną, koniecznie zdobądź zaświadczenie od psychologa, w którym będzie opisane nad jakimi problemami pracują w terapii i jak kontakty z babcią mogą wpłynąć na dziecko. Jeśli dziecko ma lęki, moczy się w nocy, izoluje się, idź z nim do psychiatry dziecięcego, podejmij leczenie, poproś go również o zaświadczenie, że korzystasz z jego pomocy i w jakiej sprawie. Możesz również powołać świadków zachowań matki wobec dzieci albo wobec Ciebie w obecności dzieci. Mogą to być osoby z rodziny lub przyjaciele, nauczyciele czy terapeuci Twojego dziecka, ale wybierz staranie. Muszą to być osoby, co do których masz całkowitą pewność, że nie pozostają pod wpływem narcyzy (np. w zależności finansowej), potrafią się wysłowić w sytuacji stresu (narcyza i jej prawnik na pewno będą ich atakować) i ubrać w słowa swoje obserwacje. Znają Ciebie i Twoje dzieci, bywają w Waszym domu itd. Poproś te osoby, by ograniczyły się w swoich zeznaniach do opisania faktów, powstrzymując się od ocen i okazywania większych emocji. To jest kolejny punkt, w którym możesz wygrać z matką, bo jej świadkami będą albo osoby od niej zależne albo jej dwór, krąg, w którym ona bryluje i rządzi. Takie osoby, by się jej przypodobać, będą zmyślać, koloryzować, nie będą umiały powiedzieć nic konkretnie, tylko będą podkreślać jak wspaniałą babcią jest narcyza. Będą się wypowiadały głównie o niej, nie o dziecku. Spodziewaj się nawet całkowicie kuriozalnych świadków. Np. przyjaciółki matki z jej rodzinnego miasta, którą pierwszy raz widzisz na oczy, zeznającej, że rzekomo zakazałaś matce kontaktować się z Twoimi dziećmi z czystej złośliwości. Osoby te nic nie wiedzą o sytuacji, a są jedynie skrzydlatymi małpami matki. Pamiętaj, że Ty i Twój prawnik będziecie mieli możliwość zadawania pytań zarówno narcyzie jak i jej świadkom. Seria prostych, konkretnych pytań o fakty pomoże ich zdyskredytować. Np. jeśli twierdzą, że doskonale znają Twoje dzieci, zapytaj ile mają lat, do której klasy chodzą, na co stale chorują, jak wyglądają, jak ma na imię ich wychowawczyni itd. To musza być fakty, które łatwo sprawdzić. Na tym zarówno narcyza jak i jej świadkowie najczęściej się wyłożą, bo oni nie znają Twoich dzieci tak dobrze, a ona ma je głęboko gdzieś, nic o nich nie wie, są jedynie przedmiotami w jej walce z Tobą. To jest moment, kiedy możesz to sądowi w pełni pokazać. Moja matka na przykład nie pamiętała żadnej z terapii, na które rzekomo stale woziła mojego syna.

Zachęcam do jak największej szczerości, nawet jeśli się wstydzisz swojej rodziny i tego jak matka Cię traktowała, nawet jak wydaje Ci się to śmieszne czy dziecinne. Bądź spontaniczna i mów szczerze, ale trzymaj się tematu i konkretów. Niech to się nie zmieni w litanię ogólnych skarg z Twojej strony. Odpowiadaj na pytania sądu bez zbędnych dygresji. Jeszcze raz to powtórzę: bądź szczera. Kiedy matka, korzystając ze swojego prawa zapytała mnie, dlaczego dużo wcześniej nie odcięłam jej od kontaktu z dziećmi, skoro była takim potworem. Odparłam szczerze, że kochałam ją i ojca i wciąż, jak wiele dzieci z patologicznych rodzin, miałam nadzieję na odwzajemnienie tej miłości, nawet nie do mnie, ale do wnuków. I że faktycznie, mogę sobie zarzucić, że za długo się na tej nadziei opierałam, kosztem moich dzieci. Ty też będziesz miała możliwość zadać matce pytania. Zapytałam ją tylko o pewne szczegóły dotyczące mojego syna. Szczegóły, które powinna znać, jeśli naprawdę była tak bliska niego, jak twierdziła, że była. Nie umiała na to odpowiedzieć, myliła się, improwizowała i zmyślała. Zapytałam ją również, dlaczego nie poinformowała władz, skoro twierdzi, że znęcam się nad swoim synem. Na to też nie umiała sensownie odpowiedzieć.

Przygotuj się do swojej wypowiedzi. Spiszcie razem z mężem czy inną bliską osobą dokładnie, punkt po punkcie, co zarzucacie babci w jej kontaktach z wnukami, co uważacie za niewłaściwe i szkodliwe dla swoich dzieci, w jaki sposób próbowaliście dojść do porozumienia z matką i dlaczego uważacie, że nie macie już innego wyjścia jak tylko odciąć ją od dzieci. Pamiętajcie, że w zdenerwowaniu wiele rzeczy może Wam umknąć. Warto sobie to spisać i kilkukrotnie przećwiczyć w rozmowie z kimś bliskim, kto przyjmie na siebie rolę narcyzy. Warto nawet, by ta osoba próbowała Ci przerywać, a nawet zasypywała Cię szczególne bolesnymi tekstami (na pewno wiesz, jakie one są), tak, byś mogła przećwiczyć opanowanie emocji i powrót do swojej wypowiedzi na spokojnie. Nie chodzi o to, byś się nauczyła tego wystąpienia na pamięć, bo recytowanie zrobi nieszczere wrażenie na sądzie, a jedynie o to, że jeśli stracisz wątek z nerwów, łatwiej byłoby sobie przypomnieć, co chciałaś powiedzieć. Pamiętaj, że piszemy i mówimy w sądzie tylko prawdę. Każdy fałsz zostanie natychmiast wykryty (sędziowie sądu rodzinnego to praktycy, dla których konflikty rodzinne to chleb powszedni) i postawi Cię w złym świetle, podważając Twoją wiarygodność. Dlatego nie koloryzuj i nie wyolbrzymiaj. Pamiętaj, że Twoją największą szansą jest to, że sąd uwierzy Tobie, a nie matce. A ona - jak to narcyza - będzie kłamać na pewno. Chociaż jej barwne kłamstwa i świetne aktorstwo w zestawieniu z Twoją skromną prawdą wydadzą Ci się dawać jej gigantyczną przewagę, pamiętaj, że sąd ma rozum i doświadczenie, szybko zorientuje się, że ona kłamie. To po prostu jest widoczne dla sędziego jak na dłoni. To jest Twoja przewaga.

Czego jeszcze możesz się spodziewać? Sąd może wysłać wszystkich uczestników postępowania (łącznie z dzieckiem) na badania do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego. Są to ośrodki, które zajmują się badaniem psychologicznym rodzin i stosunków panujących w rodzinie. Wiem, że panują bardzo kontrowersyjne opinie na ich temat, jednak rozpowszechniane głównie przez ojców, niezadowolonych z orzeczeń o kontaktach z dziećmi po rozwodzie. W RODK pracują przeważnie ludzie, którzy zjedli zęby na konfliktach rodzinnych i manipulacjach. Prawdopodobnie rozpoznają manipulantkę i agresorkę w Twojej matce. W praktyce takie badanie wygląda tak, że cała rodzina przychodzi na konkretną godzinę do ośrodka (zwykle osobno Wy i matka), gdzie psychologowie odbywają rozmowy zarówno z rodzicami/dziadkami jak i z dzieckiem, robią rozmaite testy kompetencji rodzicielskich/osobowości oraz obserwują rodziców podczas swobodnej interakcji z dzieckiem (od poczekalni, poprzez pokój zabaw itd.). Możesz się np. spodziewać, że będziesz wypełniała jakiś test, kiedy dziecko będzie przy Tobie i będzie się domagało Twojej uwagi. Psycholog będzie obserwował, jak odnosisz się do dziecka w tej sytuacji. Niech Cię nie przeraża to badanie, to nie jest konkurs na najlepszą matkę i nie będzie tam rozważane, jaką jesteś matką w ogóle. Raczej zwrócą uwagę na to, co mówisz do dziecka o babci, czy pozwalasz mu na swobodną o niej rozmowę i ekspresję uczuć, nie sugerujesz mu, co ma robić, nie straszysz nią. Bądź po prostu sobą. Dziecku powiedz prawdę przed wizytą w tym ośrodku, w sposób dostosowany do wieku, tak, by go nie zaniepokoić. Np., że babcia chce się z nim widywać i że psycholog chciał z wami porozmawiać o tym. Nie przygotowuj w żaden sposób dziecka do tego, nie ucz go, co ma powiedzieć, niech będzie szczere. Zapewnij je, że śmiało może powiedzieć, co myśli i czuje, bo ci dorośli chcą mu pomóc. Na badanie w ośrodku weź ulubioną maskotkę dziecka, jakieś zabawki, książkę, coś do picia i przekąskę, to może potrwać parę godzin. Twoją matkę też przemaglują, próbując się dowiedzieć, co wie o wnuku, na ile jest uczuciowo zaangażowana, jak wyglądają jej kontakty z dziećmi, czy istnieje emocjonalna więź. Ona przede wszystkim będzie mówić o sobie i Tobie, nie o dziecku, psychologowie to zauważą. Będzie kłamać. Będzie skupiona na wychwalaniu siebie i agresji wobec Ciebie, co też zostanie zauważone. Czytałam już kilkadziesiąt raportów z takich badań udostępnionych mi przez Czytelniczki i jeszcze nie znalazłam ani jednego, w którym narcyza wypadłaby na osobę stabilną i godną zaufania. W ogóle warto wiedzieć, że silny konflikt między stronami, sam w sobie, niezależnie od tego, jakie jest jego źródło i kto go zaczął, jest okolicznością przemawiającą za nieregulowaniem kontaktów z dzieckiem (czyli odrzuceniem wniosku matki), gdyż stawia dziecko w konflikcie lojalności, wywołuje nerwowość, itd. Możesz też być pewna, że jeśli zdarzy się, że będziecie z matką badani tego samego dnia, ona już w poczekalni podejmie próbę przejęcia kontroli nad sytuacją. Np. będzie próbowała podejść do Was, komentować głośno na Wasz temat czy pukać do drzwi pokoju, w którym będzie dziecko. Takie zachowanie jest źle oceniane i tym lepiej dla Ciebie. Gdyby matka próbowała Was napastować, odwróć się od niej, zasłaniając dziecko własnym ciałem i zwróć się do psychologa o pomoc, nie dyskutuj z matką i nie kłóć się z nią. Ona prawdopodobnie zrobi dziką awanturę, co pogrzebie jej szansę, ale Ty się nie daj sprowokować. W opinii, którą wystawi RODK (czeka się na nią około miesiąca od badania) najważniejsza dla Ciebie informacja znajduje się w dziale "wnioski". Większość sędziów przychyla się do tego, co proponują eksperci w RODK, do tej pory tylko raz spotkałam się z przyznaniem babci kontaktów z dzieckiem ale raz w miesiącu przez dwie godziny w obecności kuratora sądowego. Apelacja jest w toku, a do samych kontaktów doszło tylko raz. Jak narcyza zorientowała się, że jest cały czas pod obserwacją i nie będzie mogła manipulować dzieckiem, sama zrezygnowała z tych kontaktów. Pamiętaj, że jej celem nie jest kontakt z Twoim dzieckiem, tylko pognębienie Ciebie, więc jeśli kontakt z dzieckiem nie będzie mógł jej służyć jako oręż przeciwko Tobie, szybko sobie odpuści.

Druga możliwość, którą ma sąd, to wysłanie obu stron postępowania na mediacje rodzinne. To jest dobrowolne i radzę Ci się na mediacje zgodzić. Chodzi o to, by pokazać swoją dobrą wolę rozwiązania konfliktu i niczym Wam to nie grozi. Mediacja bowiem ma prowadzić do kompromisu zawartego za obopólną zgodą, a mediator nie będzie rozstrzygał, kto ma rację. Narcyza jednak nie zna słowa "kompromis". Pewnie chętnie zgodzi się na mediacje, bo jej się będzie wydawało, że przekabaci i zmanipuluje mediatora, by przekonał Cię, że coś z Tobą nie tak i zmusił do poddania się na jej warunkach. Nic bardziej mylnego. Czeka ją srogie rozczarowanie. Mediator jasno jej powie, że musicie rozmawiać jak równy z równym, będzie kierował rozmową w taki sposób, by okazywać sobie wzajemny szacunek, itd. Większość znanych mi narcyz zerwała mediacje, jak tylko się zorientowała, że nie służą one "naprostowaniu" Ciebie. Nawet jeśli doszło do jakiegoś porozumienia, to w ostatniej chwili (mediacje kończą się zawarciem pisemnego porozumienia) narcyza próbowała zmieniać warunki albo nie dotrzymała ich już podczas pierwszych kroków po mediacji (np. nadal zasypywała sąd donosami na Twój paskudny charakter, chociaż zobowiązała się tego więcej nie robić). Pamiętaj, że prawdziwa narcyza nigdy nie uznaje czegoś takiego jak reguły, zasady i ustalenia. Ona jest bóstwem, który jest ponad takie rzeczy, to ona dyktuje innym zasady i warunki. Mediacja będzie więc krokiem, który postawi ją we właściwym świetle w oczach sądu.

Trzecią możliwością jest tzw. wysłuchanie dziecka przez sędziego, na podstawie Kodeksu Postępowania Cywilnego, który mówi, że sąd w sprawach dotyczących osoby małoletniego dziecka wysłucha je, jeżeli jego rozwój umysłowy, stan zdrowia i stopień dojrzałości na to pozwala. Rozwiązanie rzadko stosowane, ale bardzo skuteczne w takiej sprawie jak Twoja. Najlepsze dla nieco starszych już dzieci (mój syn był wysłuchany przez sąd w wieku 11 lat). Możesz zgłosić taki wniosek do sądu, jeśli Twoje dzieci nie chcą się spotykać z babcią lub mają uczucia mieszane w tej sprawie. Oraz jeśli masz wrażenie, że sędzia jest osobą, która potrafi nawiązać kontakt z dzieckiem. Jeśli zaś sama sędzia proponuje wysłuchanie, zgódź się na nie. W zasadzie Twoja zgoda nie jest niezbędna, ale sąd o nią pyta, choćby po to, by wybadać, czy boisz się takiej weryfikacji. Dziecku powiedz, że pani sędzia chciała go zapytać co myśli o możliwości spotkań z babcią, bo chciałaby poznać jego opinię w tej sprawie, ale decyzję co do tego, czy będzie się z babcią spotykał podejmą dorośli, więc śmiało i szczerze może powiedzieć co myśli i czuje. Chodzi o to, by dziecko nie czuło się odpowiedzialne za werdykt. To wysłuchanie to zwykle spotkanie dziecka sam na sam z sędzią i protokolantem, w pokoju przyjaznym dla dzieci w budynku sądu (są w nim zabawki i meble jak w zwykłym domu). Idąc do sądu zabierz ulubioną zabawkę dziecka, by dotrzymała mu towarzystwa, jakąś książkę do czytania, coś do picia i przekąskę, zachowuj się swobodnie i na luzie, tak by nie robić z tej sprawy wielkiego halo, po wszystkim zabierz je na lody czy zrób mu jakąś drobną przyjemność. Niech dziecko nie myśli, że to będzie jakieś brutalne przesłuchanie. Nie przygotowuj go w żaden sposób, nie sugeruj nic, nie wypytuj także po wyjściu z wysłuchania, o co pytała pani sędzia. W ten sposób ograniczysz stres z tym związany. Dowiesz się, co dziecko powiedziało z notatki, którą sędzia umieści w aktach. U nas wysłuchanie ostatecznie przekonało sąd. Wysłuchanie dziecka ma jeszcze tę zaletę, że bardzo trudno jest taki dowód podważyć w sądzie apelacyjnym.

Wszystko to, co napisałam, czyli dowody z przeszłości, zeznania Twoje i matki, badania, wysłuchanie dziecka, wszystko to złoży się na całościowy obraz, który pozwoli sądowi wydać decyzję. Nawet jeśli każdy z elementów z osobna wydaje Ci się zbyt słabo bronić Twojego stanowiska, jednak ogólne wrażenie zawsze jakieś powstaje. Jak do tej pory spośród moich Czytelniczek wszystkie wygrały z matkami sprawę o kontakty, z jednym wyjątkiem, kiedy babcia dostała kontakty z dzieckiem pod nadzorem kuratora na czas postępowania, które nadal jest w toku. Myślę jednak, że ta konkretna sprawa raczej wiąże się z ogólną sytuacją polityczną w kraju i postępującym odbieraniem przez władzę sądom niezależności, a nie z samym meritum. To niepokojący trend, ale na razie to jedyny taki przypadek. Nie mogę Cię zapewnić, że wszystko będzie dobrze, bo dużo tu zależy od materiału dowodowego (a ten nie zawsze mamy pełny, bo trudno takie sprawy czarno na białym udowodnić), ale jednak jestem optymistką.

A gdyby jednak poszło źle, pamiętaj, że to nie koniec Twoich opcji. Zawsze możesz nie realizować zasądzonych kontaktów. Ja bym tak zrobiła, gdybym przegrała. Jedyne, co za to grozi, to grzywna nałożona przez sąd i to po długotrwałej drodze formalno-prawnej (zapytaj prawnika o szczegóły), a przecież nie musisz od razu przyznawać, że ich nie realizujesz, bo nie chcesz. Użyj kontaktów i możliwości, by dziecko zawsze było chore, kiedy babcia ma się z nim spotkać, przenieś się do innego miasta, zmieniaj plany, jest naprawdę dużo możliwości faktycznego unikania tych kontaktów pod dobrym usprawiedliwieniem. W końcu pewnie sąd uzna, że nie masz woli ich realizowania i może ukarać Cię grzywną, ale droga do tego jest długa i obfituje w rozmaite możliwości odwoławcze. I jest duża szansa, że narcyzie się szybko znudzi dochodzenie do tego, jak zrozumie, że za nic nie oddasz jej w ręce swojego dziecka i w ten sposób nie będzie mogła kontrolować Twojego życia. One są leniwe i szukają najprostszej drogi zapewnienia swoich potrzeb. Musisz być twarda i wytrzymała.

Taka sprawa to emocjonalnie bardzo ciężkie przeżycie. Nie będę tego ukrywać. Przed każdą rozprawą całą noc nie spałam. Pamiętaj jednak cały czas, że nie ma już najmniejszego znaczenia, co myśli o Tobie matka i że w żaden sposób nie możesz już na to wpłynąć. Nie ma znaczenia co mówi o Tobie. Skup się na tym,  że masz udowodnić, że ma zły wpływ na Twoje dzieci. Nie daj się ponieść emocjom, ale także wybacz sobie, jeśli się zaczerwienisz, czy zaczniesz jąkać. W takich sprawach emocje są normalne i sędzia o tym wie. Zawsze możesz poprosić o chwilę przerwy na oddech i uspokojenie się. Paradoksalnie, korzystne może być zestawienie Twoich silnych emocji (zależy Ci na dziecku) z zimnym wyrachowaniem matki. Ona będzie się podniecała tylko w momentach użalania się nad sobą. O dziecku będzie mówiła bez emocji. Dla niej to nie jest sprawa życia i śmierci, jak dla Ciebie, tylko jeszcze jedna rozgrywka z Tobą. Sąd to zauważy.

Jeśli masz pytania, proszę o nie w komentarzu albo w formularzu kontaktowym. Jeśli zaś masz już taką sprawę za sobą, podziel się, proszę z nami swoim doświadczeniem w komentarzu. Głowa do góry. Prawda zwycięży. 




poniedziałek, 18 września 2017

Z sądu, czyli z życia

Jak wspominałam wiosną, matka wytoczyła mi sprawę w sądzie o kontakty z moim synkiem. Właśnie zapadł wyrok w pierwszej instancji. Sąd oddalił wniosek matki o kontakty. Wielka ulga. Choć nasz prawnik od początku twierdził, że sprawa jest na 99% wygrana, byliśmy w nerwach. Matka na pewno wniesie apelację, choć ma nikłe szanse, by coś na niej zyskać i pewnie to wie. Ale gdyby ona myślała racjonalnie i była normalnym człowiekiem, całej tej sprawy nigdy by nie było. Kiedy wyrok się uprawomocni, napiszę dłuższy post o spotkaniu z narcyzą w sądzie - czego się spodziewać, jak wyglądają takie sprawy, jakie dowody trzeba przedstawić, o co pyta sąd itd. Na razie nie mogę ujawniać szczegółów.

Jeśli Twoja matka to narcyza typu złośliwego (malignant narcissm), prawie na pewno będzie Cię ciągać po sądach. Po narcystycznej matce można się spodziewać spraw sądowych o (wymieniam własne oraz Czytelniczek): spadek, podział majątku, alimenty, kontakty z wnukami, rzekome jej zniesławienie, pobicie, znęcanie się nad dziećmi i nad nią, ubezwłasnowolnienie Cię, pozbawienie Cię prawa do wykonywania zawodu, itd. itp.  Jedna z moich Czytelniczek miała także sprawę o bezumowne korzystanie z rzeczy, które jej podarowała matka kilka lat wcześniej. Oraz o zapłatę za przechowywanie u matki rzeczy jej dzieci, typu piłka czy sweter. Inwencja narcystycznej matki, która pragnie zemsty, nie zna granic. Mam nadzieję, że moje doświadczenia (i Czytelniczek) pomogą się w tym odnaleźć.

Dziękuję za trzymanie kciuków.

sobota, 21 maja 2016

"Rodzinne tajemnice" - Tom Fassaert

Kilka dni temu obejrzałam w ramach festiwalu Docs Against Gravity film holenderskiego reżysera Toma Fassaerta Rodzinne tajemnice. Reżyser jest wnukiem bohaterki filmu, Marianne. Nakręcił dokument o niej, bo chciał zrozumieć, co jest nie tak z jego rodziną. Dlaczego nie rozmawiają ze sobą szczerze. Chciał się dowiedzieć, co się wydarzyło między jego ojcem i babcią.





W przeszłości babcia Marianne swoich dwóch synów - Roba, ojca reżysera i jego brata Rene oddała na kilka lat do domu dziecka, by nie przeszkadzali jej w karierze modelki i zdobyciu nowego męża. Dla obu było to traumatycznym przeżyciem. Kiedy zabrała ich z powrotem do siebie, nadal nie zajmowała się nimi, umieściła ich z dala od siebie pod opieką niań i gosposi, a wszystko kręciło się wokół niej. Do tego systematycznie niszczyła swojego starszego syna - niechciane dziecko. Krytykowała go, poniżała, uczyniła Kozłem Ofiarnym. Co typowe dla narcyz, oskarżała go o to, co sama mu robiła, obwiniając go o swoje złe samopoczucie, uważając, że syn jej nienawidzi i robi wszystko, by była nieszczęśliwa. Na archiwalnych rodzinnych filmach widzimy przystojnego, zdrowego młodego człowieka, a w dokumencie kręconym przez Toma spotykamy starego, bladego emocjonalnie, zniszczonego chorobą człowieka, którego matka nienawidziła i zrobiła wszystko, by był nieszczęśliwy. Mściła się na nim za to, że została przymuszona niechcianą ciążą do małżeństwa.

Reżyser poznał swoją babcię niespodziewanie, kiedy miał 8 lat - przedtem sądził, że dziadkowie nie żyją. Marianne bowiem wyjechała na drugi koniec świata, kiedy jej dorosły już syn, Rob odważył się powiedzieć jej parę słów prawdy. Po wielu latach bez kontaktu po tym wydarzeniu, babcia ni z tego ni z owego, zorganizowała wielki zjazd rodzinny w jednym celu: pokazania swojego świetnego wizerunku jako idealnej matki. Wtedy zaproponowała Robowi, by objął posadę w jej firmie (była bogatą projektantką mody) i przeniósł się z rodziną do RPA. Fakt, że ojciec reżysera się na to zdecydował, będąc dobrze wykształconym specjalistą (psychologiem), rzucił wszystko i zdemolował życie swojej rodziny w nadziei na uzyskanie akceptacji matki wskazuje na to, że był typowym dzieckiem narcyzy: gotowym na prawie wszystko, by zasłużyć na miłość matki. Oczywiście, szybko się okazało, że babcia zmieniła zdanie i rodzina została na lodzie. Skończyło się to rozwodem rodziców reżysera - jego ojciec, syn narcystycznej matki, nie potrafił stanąć po stronie swojej żony i dzieci. Po kolejnych wielu latach bez kontaktów, ojciec reżysera jeszcze raz podjął desperacką próbę pozyskania aprobaty matki: rzucił pracę, by jechać do niej do RPA i napisać jej biografię. Szybko jednak stało się jasne, że książka ta nie będzie hagiografią wynoszącą Marianne pod niebiosa, więc niezadowolona narcyza jeszcze raz wyrzuciła syna ze swojego życia. Ona go nigdy nie kochała - chciała jedynie użyć dla poprawienia swojej reputacji.

Rob mówi, że jego matka to wielka manipulatorka. Życie z nią jest jak gra w szachy. Najpierw postawi Cię na pozycji króla, jeśli będziesz grał w jej grę. Jeśli nie, zostaniesz hetmanem, a jeśli nadal nie będziesz postępować po jej myśli, zdegraduje Cię do pionka, a potem zrzuci z szachownicy. On i Rene byli pionkami, ich później urodzona przyrodnia siostra zaś królową, Złotym Dzieckiem, póki nie zbuntowała się jako nastolatka.

W filmie nie brakuje scen, które budzą głębokie emocje. Rozdzierająca jest scena, w której Marianne odwiedza swego chorego psychicznie, starszego syna Rene (zachorował gwałtownie, gdy matka zdecydowała się wyjechać do RPA). Chce go odwiedzić, by zachować wizerunek "dobrej matki" (choć nie chciała się z nim spotykać przez wiele lat). Rene cierpi na maniakalne zbieractwo. Marianne wchodzi do jego zagraconego mieszkania ze zdegustowaną miną. Po chwili mówi, że muszą gdzieś wyjść, że nie da rady wejść do jego mieszkania. Wychodzi na ulicę i mówi do kamery (Rene jeszcze się ubiera w mieszkaniu) To straszne. KTOŚ coś powinien z tym zrobić. Typowe dla narcyz: czuje odrazę dla swojej ofiary i uważa, że ktoś inny powinien posprzątać konsekwencje jej własnego działania - nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za syna. Idą w końcu do kawiarni, nie bardzo mają o czym rozmawiać, a kiedy Marianne odjeżdża taksówką, ponad 70-letni Rene długo nie puszcza jej ręki, wyglądając jak porzucany mały chłopiec. Narcyza zaś oddycha z ulgą - nareszcie ma z głowy to przykre spotkanie. Wizerunek zrealizowany przy niewielkich kosztach.

Inną rozdzierającą sceną jest, jak do umierającej już Marianne najpierw dzwoni, a potem przyjeżdża jej młodszy syn Rob, ojciec reżysera. Marianne jest po wylewie, ale może mówić. Jednak nic nie mówi do syna, tylko słucha jego zapewnień, że ten ją kocha, że jej nie zostawi i zaopiekuje się nią. Do samej śmierci przez ani chwilę nie była mu matką, to on pełnił rolę rodzica. Jak wiele dzieci narcystycznych matek przybył do łoża śmierci matki, z nadzieją na ostateczne pogodzenie, przekonanie się, że matka jednak go kocha. Ale ona milczy. Po jej śmierci Rob, nadal niepogodzony z prawdą, tworzy sobie iluzję, że powstał między nimi "prawdziwy kontakt", że coś poczuł, ale to jego wyobrażenie czy pragnienie, nie prawda.

Kiedy ojciec reżysera wraca do domu po drugiej próbie zdobycia miłości matki, Marianne nieoczekiwanie zaprasza do siebie wnuka - Toma, reżysera filmu. To jest też typowe zagranie narcystycznej babci. Jeśli z synem się nie udało, może z wnuka uda się uczynić niewolnika, a przy tym ukarać syna odbierając mu to, co najbardziej kocha. Tom przyjeżdża, jest otwarcie nastawiony do babci, chce ją poznać, bo fascynuje go wielka władza tej kobiety. Fakt, że Tom chce o niej nakręcić film, schlebia Marianne, jak każda narcyza uwielbia być w centrum uwagi. Najpierw zasypuje Toma "miłością", potem próbuje przekupić, obiecując, że uczyni go swoim spadkobiercą. Często wspomina, że wnuk jest jej jedyną nadzieją w tej rodzinie (która się rozpadła, rzecz jasna, bez jej najmniejszej winy). Potem próbuje go uwieść - dosłownie - oświadcza mu, że jest w nim zakochana i niedwuznacznie domaga się seksu (95-letnia babcia wobec 30-letniego wnuka). Każdy kto nie wierzy, że babcia może molestować seksualnie wnuka, powinien obejrzeć te sceny. Tom stanowczo odmawia, próbuje jej wytłumaczyć niestosowność tej sytuacji, ale nic do niej nie dociera. Później, babcia robi mu sceny zazdrości o dziewczynę,  z którą od wielu lat jest związany. Żąda od niego, by wybierał, albo babcia, albo partnerka. Mimo, że Tom jasno wypowiada, że kocha dziewczynę i jest ona dla niego rodziną, próbuje wytłumaczyć babci absurdalność jej żądań, Marianne nie przyjmuje tego do wiadomości. Uważa, że to Tom się źle zachowuje, raniąc jej uczucia. Typowe jest też to, że Marianne wypiera swój wiek. Nie zdaje sobie sprawy, jak groteskowo wygląda będąc kolorowo wypacykowaną, pomarszczona staruszką z obwisłymi policzkami. Nie obchodzą jej ani wiek, ani pokrewieństwo między nią a Tomem. W ogóle odrzuca zobowiązania rodzinne, wypiera wszelkie problemy (na pytania wnuka o cierpienie jej synów odpowiada wymijająco albo po prostu oświadcza, że nie będzie o tym rozmawiać). Jej zachowanie jest infantylne i pokrętne.

Reżyser w pewnym momencie jednak zaczyna współczuć babci. Nie dostrzega tego, jak ona nim manipuluje - jest niemal wiarygodna, kiedy opowiada, że musiała oddać chłopców do domu dziecka z powodów ekonomicznych. Nie tłumaczy jednak, dlaczego później wielokrotnie podle postępowała wobec synów, szczególnie Roba, ojca reżysera. Myślę, że w czymś, co by można nazwać "sceną szczerości", narcyza zagrała znowu, tylko inne niż zwykle przedstawienie. Przedtem była pełną mocy królową, obdarzającą Toma łaską, próbowała go uwieść, podporządkować sobie szantażem emocjonalnym, a skoro to nie podziałało, postanowiła być żałosna i wzbudzić we wnuku litość. Typowe narcystyczne strategie stosowane po kolei, jeśli poprzednia nie zadziałała: obdarzanie warunkową łaską (Złote dziecko), poniżenie i odrzucenie (Kozioł Ofiarny), przemoc i zastraszenie (kampania oszczerstwstalking) , użalanie się nad sobą i zabieganie o litość (wciąganie). Do pewnego stopnia jej się to udaje, choć wnuk później słusznie nabiera wątpliwości co do jej szczerości. Marianne wielokrotnie powtarza wnukowi, że nie ma jednej prawdy, że każdy ma swoją prawdę itd. To też typowa dla narcyz zasłona dymna, rozwadnianie odpowiedzialności. Prawda jest tylko jedna, to ona była koszmarną matką. O ile od biedy dałoby się zrozumieć, że była zmuszona do oddania dzieci do domu dziecka z powodu kłopotów materialnych, tak żadnego usprawiedliwienia nie ma na wielokrotne używanie do własnych celów syna i wielokrotne wyrzucanie go na śmietnik, gdy nie chciał się podporządkować.

Charakterystyczne jest to, że wnuk-reżyser zastanawia się, czy nie wykorzystał babci i czy postępował etycznie zmuszając babcię w bardzo podeszłym wieku do konfrontacji z rodzinnymi problemami. Babcia narcyza natomiast ani razu nie zastanowiła się, czy etyczne jest wygrywanie wnuka przeciwko synowi przez manipulowanie testamentem, opuszczenie i zaniedbanie chorego syna, wystawienie dorosłego syna i jego rodziny do wiatru, składanie propozycji seksualnych wnukowi czy chęć zniszczenia jego związku. Jej wolno wszystko.

Reżyser mówi w wywiadzie, że w tej historii nie ma winnych. Dopatruje się źródeł zaburzeń babci w jej dzieciństwie, w tym, że jej ojciec ją totalnie krytykował i deprecjonował w niej wszystko, poza urodą. Niewątpliwie miała ciężkie dzieciństwo, które mogło wpłynąć na powstanie zaburzeń. Ale nie zgadzam się, że nie ma tu winnych. Marianne bezrefleksyjnie przeniosła na kolejne pokolenie opresję. A przecież jej syn, Rob w znacznym stopniu tego uniknął. A Tom, jej wnuk, jest od tego całkiem wolny. Po wyciągnięciu tego trupa z rodzinnej szafy, przestał bać się zostania ojcem. Czyli można się z tego wyzwolić. Marianne miała ponad 70 lat, by zrozumieć co zrobiła źle, ale umarła, nie zdejmując ani na chwilę maski. Wywiad z reżyserem tutaj.

To znakomity, przenikliwy, warty obejrzenia film.  Jak przystało na dokument, widzowi pozostawia ocenę sytuacji. Na uczelniach psychologicznych mógłby służyć jako film instruktażowy do zobrazowania czym jest narcyzm. Reżyser ma rację, kiedy w wywiadzie wspomina, że samo zerwanie więzów nie załatwia sprawy. Trzeba też dogłębnie zrozumieć, na czym polega problem. Ten film w tym pomaga, zwłaszcza, że to dokument. Napiszę jeszcze o innych filmach i książkach.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Jeszcze o narcystycznej babci

Drogie Czytelniczki i Czytelnicy. Przepraszam za moje długie milczenie, miało ono dwa powody. Pierwszy to małe kłopoty zdrowotne utrudniające korzystanie z klawiatury. Drugi i ważniejszy był taki, że posty o narcystycznej babci spotkały się z olbrzymim odzewem. Dostałam bardzo dużo maili od kobiet, którym zaburzone matki w ten czy inny sposób próbowały ukraść dzieci. Skala tego zjawiska po prostu zwaliła mnie z nóg. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że doświadczenia tego rodzaju są tak częste w moim i nieco młodszym pokoleniu.

Chciałabym jeszcze raz ostrzec Was przed tym, do czego narcystyczne matki są zdolne się posunąć, by ukraść Wasze dzieci. Kiedy przeciąganie dziecka na swoją stronę, przekupywanie go zabawkami, przywilejami i gotówką oraz nastawianie go przeciwko matce nie przynosi efektu, narcystyczne babcie eskalują środki, szybko przechodząc do tych najbardziej drastycznych. Najczęściej zaczynają właśnie do oskarżania córek o rzekomą przemoc wobec dzieci - tak jak to zrobiła moja matka. Przy czym moja - na razie - nie poczyniła żadnych kroków prawnych. Niektóre moje Czytelniczki znalazły się w gorszej sytuacji niż moja. Przytaczam te informacje za ich zgodą. Niektóre z nich zostały przez matki oskarżone przed władzami o znęcanie się nad dziećmi jak tylko wypowiedziały posłuszeństwo swoim matkom. Innym matki próbowały odebrać prawa rodzicielskie, chcąc zostać rodziną zastępczą dla swoich wnuczek. Z punktu, w dniu, kiedy ich matka oznajmiła, że babcia nie może przyjeżdżać do nich, kiedy zechce, tylko powinna się umówić. Nierzadko działo się tak z powodu zysków finansowych dla babci. Po prostu dla pieniędzy. Teraz, przy zasiłku 500 zł na drugie dziecko, na pewno tendencja ta się nasili. Branie zasiłków i jeszcze alimentów od matki dziecka, które się jej ukradło, do tego w glorii obrończyni dręczonych dzieci, to idealne zaspokojenie narcystycznych potrzeb.

Jeszcze inne matki próbowały zrobić z córki wariatki i ubezwłasnowolnić je lub przymusowo umieścić w szpitalu psychiatrycznym. Jedna z Czytelniczek napisała do mnie, żeby ostrzec wszystkie kobiety przed zwierzaniem się matce. Jej matka wykorzystała jej zwierzenia (Czytelniczka nie posiadała się z radości, że po raz pierwszy w życiu matka chciała jej wysłuchać) po to, by je nagrywać, a później z odpowiednio zmanipulowanym nagraniem iść do przekupionego psychiatry, by uzyskać skierowanie do szpitala. Udając zatroskaną o córkę, oczywiście. Później matka wniosła o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla wnuków, bo matka miała być psychicznie chora. Niejednokrotnie wraz z mężem ofiary (córki narcystycznych matek dosyć często wiążą się z zaburzonymi mężczyznami) dręczą ją wytrwale za zamkniętymi drzwiami, w zaciszu domowym latami poniżając i niszcząc. Po to, by jeśli wybuchnie w miejscu publicznym nagromadzonym słusznym gniewem, zrobić z niej wariatkę i szybko przedstawić jako osobę niebezpieczną dla dzieci. Najpierw oczerniają tę kobietę rozpowiadając, że robi awantury dzieciom w domu, a potem prowokują ją do wybuchu w miejscu publicznym - ich kłamstwa zostaną uwiarygodnione.

Szczególnie perfidne jest to, że najczęściej o znęcanie się nad dziećmi, oskarżają swoje córki przemocowe narcystyczne matki. Te, które same znęcały się fizycznie nad dziećmi - biły, szarpały, popychały, ciągnęły za włosy, zamykały w ciemnych i zimnych miejscach oraz głodziły swoje córki, kiedy były one dziećmi. Wtedy, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści lat temu były bezkarne. Dziś mają gęby pełne frazesów o prawach dziecka i wykorzystują zmiany społeczne i prawne jako oręż przeciwko córkom, zarzucając im rzekomą przemoc wobec dzieci. Co więcej, NADAL znęcają się nad swoimi córkami, tylko teraz psychicznie - próbując im odebrać to, co najbardziej kochają: dzieci.

Ale jest też dobra wiadomość. Jak dotąd wszystkie kobiety, które do mnie napisały, zwycięsko wyszły z tych wojen. Tak, bo to jest wojna - często rozciągnięta na kilka lat batalia sądowa. Przeszły jednak drogę przez piekło - matki zniszczyły (często nieodwracalnie) ich reputację i dobre imię, doprowadziły do utraty pracy (przez siane pomówień i mnożenie zarzutów karnych, które choć nigdy nie doprowadziły do skazania, to spowodowały utratę zaufania pracodawców). Wiele z tych kobiet wydało oszczędności życia na wynagrodzenia prawników i sprawy sądowe. Przy czym nie jest proste znalezienie dobrego prawnika, który rozumiałby problem narcystycznych rodziców wrogo nastawionych wobec własnych dzieci, specyficzne motywacje i sposób działania takich ludzi. Reakcja większości ludzi będzie taka, że skoro własna matka występuje przeciwko Tobie, to musi być coś z Tobą nie tak. To okrutne i niesprawiedliwe, ale tak właśnie rozumuje przeciętna osoba bez traumatycznych doświadczeń z rodziny pochodzenia. Fatalnie, jeśli dowiedzą się od Twojej matki jej chorej wersji wydarzeń, a nie zapytają o zdanie Ciebie. Dlatego wiele z moich Czytelniczek ma jedną wiadomość dla Ciebie: nie wstydź się swojej sytuacji rodzinnej, mów wszystkim, kim jest Twoja matka, jak postępowała wobec Ciebie, dlaczego to robi. Im więcej będziemy o tym mówić, tym bardziej będzie wzrastała świadomość społeczna na ten temat.  Na szczęście, można pokładać zaufanie w sądach rodzinnych. Osoby, które tam pracują w swojej codziennej praktyce spotykają się z patologicznymi rodzinami i rzadko ulegają manipulacji, zwracając uwagę na fakty i dowody, a nie dramy Twojej narcystycznej matki.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę napisać, bo wspominała o tym niejedna Czytelniczka prosząc o upowszechnienie tej informacji. Wśród narcystycznych matek i babć jest duży odsetek osób o odchyleniu pedofilnym. To kolejne tabu, które pora obnażyć. Wnuk (najczęściej to chłopiec jest ofiarą narcystycznej babci) najpierw jest kreowany na Złote Dziecko, a potem narcystyczna babcia czyni go kimś w rodzaju swojego zastępczego męża czy kochanka. Narcyza często pogardza swoim prawdziwym mężem, jest on jej niewolnikiem i sługą, więc swoje potrzeby zaspokaja gdzie indziej, w sposób chory. Wnuk staje się jej "prawdziwym mężczyzną", ideałem, zbawcą, opoką, oczkiem w głowie, "tym jedynym". Przy tym te role są przez nią rozumiane dosłownie. To wyjaśnia, dlaczego jest tak zazdrosna o miłość wnuka do matki - czuje się raczej zdradzoną kochanką, a nie babcią. Już stworzenie z dzieckiem związku emocjonalnego, w którym babcia ma być dla niego wszystkim, jedyną ważną osobą, w którym nie wolno mu kochać nikogo innego, w którym jego zadaniem jest zaspokajanie potrzeb emocjonalnych babci jest grubym nadużyciem. Niestety jednak, dochodzi tutaj także do wielu nadużyć o charakterze czysto seksualnym. Podam kilka przykładów, za zgodą moich Czytelniczek. Narcystyczne babcie demonstracyjnie obnażają się w towarzystwie wnuków (chłopców w wieku dojrzewania lub ciut wcześniej), kąpią się z nimi w wannie lub patrzą na dzieci podczas kąpieli, śpią z nimi nago, zachęcając je do dotykania różnych części ciała babci. Każą się całować w usta. A czasami niezdrowo interesują się ciałem i życiem intymnym dzieci wchodzących w okres dojrzewania. Wypytują je ze szczegółami o pierwsze kontakty z płcią przeciwną, niby ganią za grzechy i przestrzegają, ale znajdują osobliwą przyjemność w wysłuchiwaniu tego typu zwierzeń. Jeśli usłyszycie skargi na coś podobnego z ust Waszych dzieci, nie lekceważcie tego. Zbierajcie dowody i nie dopuszczajcie jej do dziecka. Musicie je obronić. Społeczeństwo traktuje babcie i dziadków jak święte krowy poza wszelkim podejrzeniem - vide sprawa molestowania seksualnego, w którym sąd potraktował gorzej ofiary niż sprawców: 12-latka molestowali dziadkowie. A problemy z prokuraturą ma ojciec chłopca.

Chrońcie swoje dzieci!

Dlaczego narcyzy to robią? Jednym z powodów jest sama istota narcyzmu: brak empatii. Te kobiety nie czują żadnego współczucia dla innych ludzi (włączając własne dzieci i wnuki), ważne są dla nich jedynie własne potrzeby, które będą zaspokajały za wszelką cenę. Wyparcie i nałogowe kłamstwo ułatwiają im nadużycia wobec dzieci, racjonalizowanie swojego postępowania wobec nich. Narcyzy stale obwiniają innych ludzi/świat/system o swoje niepowodzenia i na innych składają odpowiedzialność za swoje czyny. Nie inaczej jest z dziećmi - narcystyczne pedofilki oskarżają dzieci, swoje ofiary, o prowokowanie ich, niewłaściwe zachowanie, kuszenie i to, że "same tego chciały" (sic!). Narcystyczna babcia-pedofilka uważa, że więcej jej wolno, bo jest kimś lepszym od innych ludzi, ma jakieś specjalne uprawnienia, więc nie ma wyrzutów sumienia, że robi coś niedozwolonego i będzie oburzona, kiedy przyjdzie jej ponieść prawne konsekwencje. Do tego usypia Twoją czujność poprzez gaszenie Twoich uczuć. Kiedy zwrócisz jej uwagę, że przekracza granice zwykłej opieki np. wchodząc do łazienki, w której Twoje 12-letnie dziecko się kąpie, powie Ci, że jesteś przewrażliwiona, masz paranoję itd. Niektóre narcyzy przejawiają skłonności pedofilne, bo czują się bezpieczne w kontakcie z kimś równie infantylnym jak ona sama. W głębi ducha czują, że nie są warte miłości dorosłej osoby, dlatego szukają jej u dzieci. One są emocjonalnie niedojrzałymi osobami, na poziomie rozwoju niezdolnego do wejrzenia w uczucia innych ludzi trzylatka, który pragnie zaspokajać swoje potrzeby natychmiast. Nie przeszkadza im używanie osób słabszych i zależnych. Narcyza zwraca się do dziecka, bo to istota łatwa do zdominowania, słabsza, niedoświadczona, nie traktowana poważnie przez otoczenie, nawet jeśli odważy się poskarżyć. W przypadku psychopatycznych, złośliwych narcyz, nadużywanie seksualne dzieci nagradza jej chorą potrzebę władzy i pełnej kontroli nad innymi nawet bardziej niż jej seksualne potrzeby. Narcyza czuje się wielka, ważna, wyjątkowa - pompuje swoje narcystyczne ego. Wreszcie, nadużywając seksualnie dzieci, narcyza dokonuje też wyparcia swojej słabości na nie - ona nie potrafi znieść tego, że jest niedoskonała, słaba, zależna, więc szuka ofiar, by na nie odrzucić te cechy od siebie. To są obrzydliwe rzeczy, ale jeśli chcesz ochronić dziecko, powinnaś o nich wiedzieć.

Kolejna bolesna sprawa, w której pominę szczegóły, ale o której często piszą do mnie kobiety. W stosunku do własnych dzieci, szczególnie córek, narcystyczne matki często tolerują pedofilne nadużycia dokonywane wobec nich przez ojczymów, ojców lub inne osoby. Jest im z tym wygodnie, bo kosztem córki załatwiają problem z mężem, który może realizować swoje chore potrzeby w domu i nie naraża się na skutki karne. Koncentrują wszystkie wysiłki nie na tym, by uchronić córkę, ale na tym, by uchronić tajemnicę. Rodzina jest świętością, a jej członkowie zobowiązani są do utrzymywania patologii w tajemnicy. I ta fasada jest ważniejsza niż dobro córki. Narcyzy nie tylko zamykają na to oczy. Ale czasem wprost podsuwają pedofilowi córkę jako ofiarę uważając, że ciało córki jest czymś w rodzaju przedmiotu będącego pod ręką do użytku dla jej własnych celów. To najokrutniejszy rodzaj zdrady, jaką może popełnić matka wobec własnego dziecka. Narcyza bez wahania dopuści się takiej samej zdrady wobec własnych wnuków, jeśli tylko uzna, że leży to w jej interesie.

Więcej na ten temat:

Biegły sądowy o pedofilii wśród kobiet

Dr Sam Vaknin, Narcissistic Abuse - pedophilia.

niedziela, 20 marca 2016

Narcystyczna babcia, część 6. i ostatnia

O dziwo, dzieci przyjęły zerwanie kontaktów o wiele lepiej niż się spodziewałam. Najbardziej obawiałam się o synka, ale jemu wyraźnie ulżyło, że nie musiał już lawirować pomiędzy miłością do mnie i fałszywą lojalnością wobec babci. Miał wiele swoich obserwacji i nie patrzył już na babcię bezkrytycznie. Jego zaufanie do niej załamało się nieodwracalnie po tym, co mu zrobiła i po tym, czego był świadkiem. Wyjaśniałam mu wielokrotnie, że babcia nigdy nie powinna go stawiać w konflikcie lojalności, bo dzieci nie powinny wybierać miedzy osobami, które kochają - konflikty miedzy dorosłymi są ich sprawa, nie dziecka. Przekonałam go, że nie ponosi odpowiedzialności za nią, nie jest głupi ani gruby, co wmawiała mu babcia. Z wielką ulgą opowiedział mi o wszystkim, co się tam działo. Nieraz włos mi się jeżył na głowie, ale nie miałam do siebie wielkich pretensji, że to tak daleko zaszło. Nauczyłam się wymagać od siebie jak od człowieka, a nie perfekcyjnej maszyny, o czym jeszcze napiszę w postach o zdrowieniu po narcystycznej opresji. Synek też czasami smucił się, że nie będzie już tych przywilejów, jakie miał u babci, ale za nią samą nie tęsknił. Prawda jest taka, że to dziadek robił z nim to, co było fajne u dziadków, babcia tylko go psuła, a dzieci w gruncie rzeczy wcale nie lubią mieć roli szefa, bo tracą wtedy poczucie bezpieczeństwa. Czują się bezpieczne, gdy wiedzą, że czuwa nad nimi ktoś silny i mądry. Mocniej dzieci przeżywały żałobę po dziadku, ale mogły tyle wspominać i płakać, ile tylko potrzebowały, wspierałam je, uczciwie dzieląc się własnymi uczuciami: ja też straciłam oboje rodziców i też byłam smutna z powodu tak wielkiej straty. Opowiedziałam im wszystko o swoim dzieciństwie i o tym, czym się kierowałam pozwalając na kontakty babci z nimi, pomimo jej toksycznej postawy. I jak oceniłam, że to się nie udało. Najważniejsze, to uczciwie, w sposób stosowny do wieku poinformować dzieci, dlaczego nie będą spotykać się z babcią. Prawdę zaakceptują, bo prawda zawsze ostatecznie zwycięża. Tłumaczyłam sytuację dzieciom, przypominając obiektywnie to, co robiła babcia i pytając, co o tym myślą. Same wyciągnęły wnioski. Same mówiły, że ktoś, kto kocha i dba, tak nie postępuje. Dzieci naprawdę dużo widzą i rozumieją, nie są głupimi przedmiotami użycia, jak myślała o nich moja matka. Mój synek czuł się wprost obrażony, że ona go aż tak okłamuje, nie był głupcem, za jakiego ona go uważała. Dziś już bardzo rzadko wspomina o babci. Prawda jest taka, że jak się nie inwestuje miłości, czasu, uwagi i poświęcenia w prawdziwą więź, to ona po prostu nigdy nie powstaje. Mój syn odchorował to wszystko, jej agresję i próby zastraszenia (ostatnia w czasie jej ostatniej wizyty, wykorzystała, że mnie przy dziecku trzydzieści sekund nie było). Miewał stany lękowe (wszystkim babcia próbowała je zaszczepić, grożąc dzieciom szeptaną na ucho informacją, że teraz mama umrze jak dziadek, bo jest taka niedobra dla babci). Bał się, że babcia go porwie, coś złego mu zrobi, że mnie skrzywdzi. Potrzebował pomocy psychologa. Próbowała go tak strachem zniewolić jak mnie, kiedy byłam dzieckiem, na szczęście to się dopiero zaczęło i zdołałam to przerwać. Wrócił już do równowagi. Zrzucił też przekonanie, które zdążyła w nim wyrobić, że to on jest odpowiedzialny za nią - leniwą, dorosłą kobietę. Obiecałam mu, że nigdy nie będzie już musiał zostać z nią sam.

Parę miesięcy później matka znowu się odezwała żądając kontaktów z wnukiem i grożąc sądem. Odmówiliśmy jej jednym zdaniem, w sposób jaki doradził nasz prawnik. Wtedy przysłała kolejnego maila, w którym oświadczyła, że wobec znęcania się nad dziećmi przeze mnie (!) składa doniesienie do władz, opieki społecznej, policji itd. W mailu tym barwnie opisywała swoje zachowanie wobec mnie w dzieciństwie i mojego synka (bicie, szarpanie, wyzwiska, poniżanie), jako moje zachowanie wobec niego. Typowe dla narcyzów oskarżanie ofiary o to, co się jej samemu zrobiło i odwracanie kota ogonem. Bardzo się tym mailem zdenerwowałam, głównie tym, że ktoś mógłby ją wziąć na poważnie, a jeśli potraktują te brednie na serio, może to odbić się na dzieciach - niszcząc ich poczucie bezpieczeństwa, które już u mojego synka było mocno zaburzone jej manipulacjami. Prawnik jednak szybko mnie uspokoił. Nie odpowiedziałam już na tego maila ani żadnego innego później (z wyjątkiem kolejnego żądania kontaktów z wnukiem po paru miesiącach - tutaj znowu jednym zdaniem). Matka zasypywała mnie wyrzutami, oskarżeniami i groźbami podjęcia kroków prawnych na przemian z pseudopojednawczymi tekstami o "wybaczeniu" i "leczącej mocy czasu". Jednak było to ujęte bezosobowo, aby było jasne, że to nie ona prosi o przebaczenie, tylko mi go łaskawie może udzielić, a ja powinnam jej przebaczyć (choć nie żałuje i nie przeprasza mnie), "dla dobra rodziny". Typowy dla narcyz szantaż emocjonalny i unikanie odpowiedzialności za swoje czyny i słowa. Ja znowu byłam niedobra, bo nie chciałam jej prosić o przebaczenie i pogodzić rodziny. Nigdzie nie padło, że odwołuje, to co napisała, przyznaje się do kłamstwa, prosi o wybaczenie. Nie, to nadal było obraźliwe i na jej zasadach. Nawet jeśli byłoby inaczej, klamka już zapadła. Zero Kontaktu.

Minęło wiele miesięcy, nadal nas stalkuje od czasu do czasu, konsekwentnie nie reagujemy. Nie poszła do władz ze skargą na moje rzekome przestępstwa (a może poszła, ale nie wiem, czy potrafiła chociaż podać adres szkoły, do której dzieci chodzą, nie mówiąc już o braku choćby cienia jakiegokolwiek dowodu), nie poszła do sądu. Myślę, że wie, że nie ma szans z tymi kłamstwami. Myślę, że wie, że w sądzie nie zostanie na niej sucha nitka. Myślę, że wie, że wyjdzie na jaw, kim ona jest. Trochę może szkoda, że nie poszła do sądu, bo chciałabym mieć to rozstrzygnięte raz na zawsze. Bo może nadal to zrobić. Ale nie boje się, jestem przygotowana. Wiem, że to będzie skrajnie nieprzyjemne, ale przetrwam. Jeśli dojdzie do takiej sprawy, wyślę powiadomienie o terminie i miejscu rozprawy wszystkim jej przyjaciołom i sąsiadom. Część, szczególnie wredne plotkary (innych przyjaciółek ona nie ma) chętnie przyjdą na taką gratkę, a potem się rozniesie. Niech usłyszą prawdę o niej. Ja nie mam nic do ukrycia. Już się nie wstydzę mówić prawdy o swojej toksycznej rodzinie pochodzenia. Narcyza najbardziej na świecie boi się prawdy, tego, że ludzie zobaczą kim naprawdę jest. I to jest główny powód, dla którego mnie nie pozwała, bo sam fakt, że ostatecznie przegra to za mało - mogłaby mi z przyjemnością napsuć krwi ciągając mnie po sądach, ale wie że ludzie się przy tej okazji dowiedzą prawdy o niej. Także po paru innych faktach, o których nie będę tutaj pisać, bo rozsądniej jest je zachować na wypadek procesu (ona też może tutaj trafić).

Kosztowało nas to wszystko mnóstwo nerwów. Bardzo żałuję, ze naraziłam dzieci na kontakt z nią, ale cieszę się, że w końcu podjęłam właściwą decyzję. Niektórzy nigdy się nie wyzwolą z takiej relacji, miałam szczęście, że obudziłam się wystarczająco wcześnie by uniknąć nieodwracalnych szkód dla moich dzieci. Dla mnie najbardziej oczywistym faktem w tym wszystkim jest to, że matka ani razu nie miała na celu prawdziwego dobra dziecka ani prawdziwej chęci szczerego kontaktu z nim, co zresztą zemściło się na niej w ten sposób, że dziecko bardzo szybko o niej zapomniało. Jeśli masz wątpliwości, rozważ każde zachowanie swojej narcystycznej matki w kategoriach dobra dziecka, a nie rozgrywki między Tobą i nią - wtedy sprawa stanie się oczywista. Gdyby jej na nim zależało, jako człowieku, gdyby naprawdę interesowały ją jego uczucia, pragnienia, potrzeby, nigdy by mu nie robiła takich rzeczy. Gdyby jej prawdziwym celem był kontakt z dzieckiem, próbowałaby porozumieć się z nami, a nie grozić i stawiać sprawy na ostrzu noża. To była tylko walka o władzę. Wymknęłam się jej, gdy dorosłam i dostrzegła ponownie swoją szansę, kiedy urodziło mi się dziecko słabsze od innych (zdrowe dzieci nigdy jej nie lubiły). Szansę, by opanować dziecko, oddzielić je ode mnie, uczynić swoim nowym niewolnikiem i źródłem narcystycznego zasilania. Może zadziwia Cię, że można z dziecka się naśmiewać czy je krytykować, a za chwilę deklarować wielką miłość i stawiać je na piedestale. To tzw. podwójne wiązanie. Sprzeczne komunikaty wywołują chaos i dezorientację u dziecka, a jego nieustannie karane, usilne próby pozytywnego odpowiedzenia na oczekiwania narcyzy i uzyskania jej akceptacji stopniowo zwiększają jej władzę nad nim, jego emocjami. Powstaje bardzo silny, negatywny związek ofiary takiej komunikacji z narcyzą. Co więcej, podwójne wiązane w dzieciństwie wpływa na ograniczenie zdolności ofiary do normalnego komunikowania się z innymi i tworzenia związków, tak jak opisałam to tutaj. Więcej na temat podwójnego wiązania tutaj i tutaj.

Jeśli jesteś córką narcystycznej matki, możesz być pewna, że Twoje dzieci będą miały narcystyczną babcię. Długo się łudziłam co do swojej matki. Sądziłam, że jak dorosnę, ona się zmieni. Pudło. Sądziłam, że bycie babcią ją zmieni. Klapa. Że mój przykład jako matki ją zmieni. Porażka. Koniec końców - sądziłam, że doświadczenie śmierci mojego ojca ją zmieni. Narcyzi nigdy się nie zmieniają. Dawałam jej tyle szans, na próżno. Dałam z siebie bardzo wiele (a nawet dużo za dużo), by mieć normalne stosunki rodzinne. Na próżno. Nie popełnij moich błędów, dając za dużo szans, ale też nie działaj pochopnie, bo gdyby Twoja matka zechciała iść do sądu rodzinnego by uzyskać kontakty z wnukami wbrew Twojej woli, musisz mieć dowody. Dokumentuj zachowanie babci (w dzisiejszych czasach łatwo o nagrania audio i filmy bez wiedzy filmowanego), porozumiewaj się z nią na piśmie i dopiero tak przygotowana egzekwuj swoją rodzicielską pieczę. Spotkaj się z prawnikiem, jak tylko nabierzesz podejrzeń, że matka zaczyna nadużywać Twoich dzieci i przygotuj się dobrze do odcięcia swoich dzieci od opresyjnej babci, tak, by nie mogła uzyskać nic w sądzie. Jest mało prawdopodobne, by to zrobiła, bo prawdziwym celem nie jest kontakt z dzieckiem (ten mogłaby łatwiej osiągnąć pokojowymi metodami), tylko kontrolowanie Ciebie, ale musisz być gotowa się z nią zmierzyć.

Podziel się, proszę z nami swoim doświadczeniem z toksyczną babcią. Jeśli masz jakieś pytania, napisz do mnie lub umieść je w komentarzu. Chętnie pomogę w miarę swojego doświadczenia i możliwości. Kilka linków do sytuacji, w których ewidentnie rodzice mają prawo odciąć dzieci od dziadków:

Dziadkowie zerwane kontakty

Zerwać kontakty?

Czy zerwać kontakty z teściami?

Czy zerwanie kontaktu sprawi, że będzie mniej boleć?


Prawdopodobnie spotkasz się ze zdziwieniem lub nawet wprost potępieniem, że jak to nie pozwalasz swoim dzieciom spotykać się z babcią? Cóż, większości ludzi nie mieści się to w głowie, że babcia czy dziadek mogą celowo i z premedytacją krzywdzić dziecko i niszczyć jego więź z rodzicami, bo sami mają całkowicie przeciwne doświadczenia. Powiedz im prawdę. Że to furiatka, toksyczna jędza, okrutna egoistka. Była taka dla Ciebie, ale miałaś nadzieję, że się zmieni. Niestety zaczęła krzywdzić także Twoje dzieci. Prawda jest taka, że nikt nie zmienia zasadniczych zrębów swojej osobowości czy moralnych zasad w chwili, kiedy odwraca się od swojej córki, a zwraca ku wnukowi. To wciąż ta sama osoba. Zła, okrutna i bezwartościowa.

poniedziałek, 14 marca 2016

Narcystyczna babcia, część 5.

Byłam zdruzgotana po tej rozmowie. W żałobie. Ale też przygnieciona poczuciem winy, co się z nimi stanie, kiedy będą starzy, niedołężni. Zwróć uwagę, że wtedy wciąż, wskutek wychowania w narcystycznej rodzinie, przedkładałam ich potrzeby ponad potrzeby mojego dziecka, nie wspominając o swoich własnych. Wtedy jeszcze brałam na siebie całą odpowiedzialność za ich życie. Im wolno było wszystko, mieli prawo do wszystkiego, a ja miałam tylko zobowiązania wobec nich. Żadnych praw. Martwiłam się, co powiem dzieciom, jak zareagują. Było mi bardzo żal synka, nie wyobrażałam sobie Świąt bez dziadków. Po kilku dniach jeszcze raz (o naiwności!) otworzyłam przed nimi serce i zaproponowałam mediacje rodzinne. Sądziłam, że może sprawy między nami za daleko zaszły i ktoś z zewnątrz będzie mógł nam pomóc, już tylko w zakresie ich kontaktów z dziećmi (dla siebie nie miałam już nadziei). Z mediacji nic nie wyszło, jak już napisałam tutaj. W jej takcie matka była milutka, deklarowała chęć współpracy, a potem pisemnie zerwała je twierdząc, że nie są konstruktywne, i że wystarczy jak im napiszemy, jak mają się obchodzić wnukiem. Jakbyśmy nie robili tego bezskutecznie od wielu lat. Nie podobała jej się mediacja, bo tam usłyszała, że musi się ze mną porozumiewać jak równy z równym. A to się nie mogło narcyzie spodobać. Oczywiście, ani słowem mnie ani synka nie przeprosiła za te wszystkie kłamstwa, wyzwiska i okrutne traktowanie. Wszystko więc zmierzało w stronę Zero Kontaktu.

Znowu los nam przeszkodził. Parę dni po zerwaniu mediacji matka napisała do mnie, że ojciec jest ciężko chory. Pisała w tajemnicy przed ojcem i nie wiedziałam, czy nie kłamie, żeby mnie złamać, aczkolwiek sama zauważyłam, że ojciec źle wygląda. Wkrótce okazało się, że jest śmiertelnie chory i zostało mu tylko kilka miesięcy życia. Rozważyłam sytuację. Jedyne dobre rzeczy, których doznałam w rodzinie pochodzenia, były od ojca. Zdradził mnie i zostawił ma pastwę matki psychopatki, ale nadal go kochałam. Wiedziałam, że ona nie nadaje się, by się kimś wytrwale opiekować, kimś, kto stanie się słaby i zależny. Bałam się o niego. Nawiązałam więc z nimi z powrotem kontakt, zapowiadając matce, że do sprawy dzieci wrócimy, odkładam ją tylko na czas choroby ojca. Aczkolwiek ona całkowicie straciła zainteresowanie synkiem, do wizyt dzieci dochodziło rzadko, na krótko, wyłącznie z mojej inicjatywy. Odwiedzaliśmy mojego ojca - by dzieci mogły pożegnać się z dziadkiem i spędzić z nim trochę czasu, zanim odejdzie na zawsze. Sama zaangażowałam się w opiekę nad ojcem do ostatnich chwil życia. Stosunki z matką były chłodne, ale poprawne, a nawet zaczęłam jej trochę współczuć.

Ojciec umarł i naprawdę żal mi było matki. W przeciwieństwie do niej, posiadam empatię, czego zresztą wcale nie żałuję, tyle, że teraz staram się by współczucie nie przesłaniało mi oceny całej osoby. Nie chciałam pozbawiać dzieci babci tuż po tym, jak straciły dziadka, starałam się więc podtrzymywać z nią kontakty, zapraszając ją do siebie i czuwając nad jej kontaktem z nimi. Niestety szybko wszystko wróciło do normy - matka była roszczeniowa, uważała, że mam się nią zająć jak dzieckiem, rzucić wszystko i zaspokajać jej wszelkie potrzeby. Próbowała rządzić w moim domu, ingerować, o której dzieci mają iść spać, podważać mój autorytet, robiła awantury o to, że dzieci normalnie się bawią i śmieją, nawet miała pretensje, że przytulam moje własne dzieci w moim własnym domu! Nie mogła znieść, że cała moja uwaga nie jest skierowana na nią. Skoro ona cierpiała, wszyscy musieliśmy cierpieć, nie przyjmowała do wiadomości, że dzieci przecież nie przeżywają żałoby tak jak dorośli - w jednej chwili płaczą, potem zajmują się zabawą. Odrzucała to, że samo przetrawienie faktu, że ktoś umarł na zawsze zajmuje im sporo więcej czasu niż dorosłemu. Zachowywała się, jakby nic złego nie wydarzyło się z jej strony. Ile razy próbowałam wrócić do rozmowy na temat zasad kontaktów z dziećmi, ona zasłaniała się swoją rozpaczą. Nigdy nie przeprosiła synka ani mnie za to, co zrobiła, nigdy nie przyznała, ze skrzywdziła go, domagała się powrotu do stylu, jaki był przedtem (wizyt dziecka u niej bez mojej obecności). Jednocześnie zaczęła sterować w stronę tego, by to mój synek (niepełnosprawne dziecko) stał się teraz jej opiekunem. Robiła to, codziennie powtarzając mu, że ona taka biedna, samotna wdowa i tylko on (!) teraz jej został itd. Do mnie była napastliwa i agresywna, czego nie dało się wytłumaczyć żałobą. Skoro była wdową, to uważała, że wolno jej wszystko i żadne zasady jej nie obowiązują. Czerwony alarm zapalił mi się, jak pewnego dnia pies mojej matki nasiusiał na podłogę u nas. I kiedy synek zaczął podekscytowany wołać, że pies nasiusiał i szukać ścierki, by sprzątać, to moja matka... ofuknęła go, ze to wszystko przez niego. Choć to ona siedziała czytając kolorowe gazety i ignorując, ze pies prosi o wyjście. Potem synek zaczął ją przepraszać, ze jej pies nasiusiał, a ona obnosiła obrażona minę. Robiła mu dokładnie to samo co mi - obwiniała go o skutki swoich zaniedbań!

W końcu doprowadziłam do poważnej rozmowy. Powiedziałam jej, ze nie ma szans, by dzieci odwiedzały ją bez nas, dopóki nie ustalimy zasad, których będzie przestrzegać. Musi odzyskać nasze zaufanie. Wciekła się. Cóż to była za awantura - matka wpadła w furię, zaczęła wrzeszczeć, w obecności dzieci, które przybiegły na jej krzyki, zaczęła nam wygrażać, że będzie na jej zasadach albo wcale, że pozwie nas do sądu o kontakty z wnukiem, po czym wyszła trzaskając drzwiami.

Minął jakiś czas bez kontaktów. Nie zamierzałam się do niej odzywać pierwsza. Napisała maila (znowu, zachowując się jakby nic nie zrobiła), w którym zażądała spotkania z wnukiem poza domem, grożąc nam pozwem i oskarżając mnie, jakobym robiła jej awantury. Cóż, znowu postanowiłam dać jej szansę (która to już? piąta, siódma?), tym razem ostatnią. Zgodziliśmy się na spotkanie z dzieckiem, ale u nas w domu, w naszej obecności.

Przyszła solidnie spóźniona (tak jej się do wnuków spieszyło), zachowywała się strasznie. Weszła nie mówiąc nam nawet "dzień dobry", odwracała się do nas tyłem, jak coś do niej mówiliśmy, traktowała nas tak w obecności dzieci. Nie zajęła się nawet piętnaście minut zabawą z dzieckiem, tylko próbowała je wyprowadzić z domu wbrew naszej woli (gdyby to było dzisiaj, wezwałabym policję zgłaszając próbę porwania). Jak stanowczo się temu przeciwstawiliśmy, zaczęła awanturę (w obecności dziecka), wrzeszcząc, że mamy zasr... obowiązek udostępniać jej wnuki, bo jak nie to nas pozwie, próbowała przesłuchiwać dzieci wypytując je, kto ma rację. Nagrałam to wszystko na dyktafon, wtedy już za radą prawnika gromadziłam od jakiegoś czasu dowody jej zachowania. W końcu powiedziałam, że musi natychmiast wyjść, dzieci były zdenerwowane. Poszła, uspokoiłam dzieci i zgodnie z mężem uznaliśmy, że jej noga więcej w naszym domu nie postanie. Aż tyle przemocy, okrucieństwa i upokorzeń trzeba mi było, abym zrozumiała, że Zero kontaktu to jedyne wyjście.

Po niedługim czasie dostałam od matki maila, że żegna się ze mną, nie jestem już jej córką, bo taka jestem niedobra dla niej, itd, mam czego chciałam. Więcej pisałam o tym tutaj. W liście słowem nie wspomniała o dzieciach. Ucieszyłam się z takiego obrotu sprawy. Zrobiła to sama: zerwała ze mną kontakty. Tym razem decyzja po mojej stronie była ostateczna i potem przez jakiś czas był spokój. Ona jednak tylko czekała aż ją przeproszę. Byliśmy już wtedy po wizycie u prawnika, który zapewnił nas, że w sądzie ona nie ma szans. Polskie prawo przewiduje możliwość kontaktów dziadków z wnukami nawet wbrew woli rodziców. Ale pod kilkoma warunkami: jeśli pełnili osobistą opiekę nad dziećmi, kontakty służą dobru dziecka i zachowują właściwą postawę. Żadnego z tych warunków ona nie spełniała i mieliśmy na to dowody. Częściej też sądy stosują te przepisy, gdy np. żona po rozwodzie zabrania kontaktów dzieci z rodzicami byłego męża. Kiedy zaś małżeństwo wspólnie podjęło decyzję, a zabraniasz kontaktów z własnymi rodzicami i podpierasz to dowodami, raczej nie ma opcji, by uzyskali widzenia bez Twojej zgody. Powiedziałam o całej sytuacji wychowawcom, nauczycielom i terapeutom. Bardzo nas poparli, okazali dużo zrozumienia, a wielu wprost zadeklarowało, że będą w razie potrzeby zeznawać przed sądem. Znają nas i nasze dzieci od lat, wiedzą jak wiele starań wkładamy w ich zdrowie i szczęście. Pisałam już o tym tutaj. Niestety, matka się nie odczepiła, o czym więcej w następnym wpisie.

C. D. N.

sobota, 12 marca 2016

Narcystyczna babcia, część 4.

W pewnym momencie zorientowałam się, że matka nie tylko nie respektuje mojej władzy rodzicielskiej i zasad panujących w naszym domu, ale wprost nastawia dziecko przeciwko mnie. Początkowo było to subtelne, opowiadała jak to u babci wszytko można, a u mamy jest inaczej. Potem, że mama na niewiele pozwala. Potem, że na nic nie pozwala. Itd. itp. Początkowo złościłam się, ale to lekceważyłam. Do pewnego stopnia byłam w pułapce, bo gdybym ją o to zapytała, dowiedziałaby się, że syn mi to powtarza. Mogłaby go przekonać, by mi nie ufał albo zastraszyć.

Potem zaczęła przepytywać syna, jak mama go krzywdzi, sugerując mu, że coś jest nie tak. Rozumiesz tę różnicę - nie pytała, czy go krzywdzę (co od dużej biedy można by uznać za wyraz troski), tylko jak, wmawiając, że dzieje mu się coś złego. Jej nie chodziło o dobro dziecka, bo gdyby tak było, porozmawiałaby ze mną, jeśli coś ją niepokoiło, albo poszukała innego sposobu, by się dowiedzieć, czy coś się dzieje. Przeciwnie, ona wiedziała, że między mną i synem dzieje się jak najlepiej (jest ze mną ogromnie związany) i była wściekle o to zazdrosna. Postanowiła więc to zniszczyć. Jak się później dowiedziałam, doszło do tego, ze moja matka narcyza nieustannie krytykowała mnie, a mój biedny, niepełnosprawny synek usiłował mnie bronić, tłumaczyć. Był między młotem a kowadłem, rozdarty konfliktem lojalności. Namawiała go na coraz to nowe akty buntu przeciwko mnie, tłumacząc, że jestem zła, skoro narzucam mu swoje zasady. To miała być ich słodka tajemnica. Uczyła go kłamać. Triumfowała. Wstydził się tego, bardzo płakał, jak mi o tym potem opowiadał. Bał się od razu mi o czymkolwiek powiedzieć, bo go postraszyła, że jeśli to zrobi, będzie prawdziwym zdrajcą i nigdy nie przyjedzie do babci i nie będzie tych wszystkich zabronionych w domu rzeczy. Które przecież były takie fajne. Mniej lub bardziej subtelnie groziła mu, co będzie, jeśli wyda babcię. Zaczął być lękliwy i przestraszony, bo już nie była tylko słodka i na wszystko pozwalająca, zrobiła się groźna. Sytuacja się zagęszczała, a ja nabrałam konkretnych podejrzeń i zaczęłam zbierać dowody.

Bomba wybuchła, kiedy synek pojechał do dziadków na tydzień w wakacje. Pewnego dnia grał z dziadkiem (moim ojcem) w piłkę i przegrał. Impulsywnie, jak dziecko w złości, powiedział dziadkowi, że go nienawidzi. Babcia wtedy nagle wpadła w szał. Zaczęła na niego wrzeszczeć, wyzywać, popychać po pokoju, zapędziła go w róg, gdzie szarpała go za włosy. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywała. Synek się przeraził. Już od jakiegoś czasu wszelkie "nieposłuszeństwo" (szczególnie bronienie własnej mamy) zaczęło być przyjmowane przez babcię chłodem, ale nie spodziewał się po niej takiego wybuchu. Furii, jakiej doświadczałam bardzo często, kiedy byłam dzieckiem.

Jak złość jej przeszła, niby go przeprosiła (ale w typowo narcystyczny sposób, zwalając odpowiedzialność za swoje zachowanie na niego). I zabroniła mu mówić mi o tym, bo jak powie, to wredna mama ukarze babcię i babcia umrze od tego.  Po czym, by odwrócić jego uwagę od tego co zrobiła, zintensyfikowała swoje wmawianie dziecku, że je krzywdzę, wypytując je kilka razy dziennie, jak je biję. Jak jej odpowiadał, że go nie biję, to mówiła coś w rodzaju Nie musisz się wstydzić, powiedz prawdę, że cię mama bije. Pranie mózgu. Od jakiegoś czasu stosowała też wobec dzieci mniej lub bardziej wyrafinowane złośliwości. Np. niby pieszczotliwie, ale wytykała synkowi, że ma okrągły brzuszek (jest szczupłym chłopcem, wystający brzuch to cecha budowy ciała w naszej rodzinie). Jedną ręką dawała mu drożdżówki i słodycze, drugą wskazywała na brzuch i podśmiewała się ze "swojego grubaska". Robiła mu to samo, co mnie, kiedy byłam dzieckiem.

Oczywiście, że zauważyłam, że coś jest nie tak, już przy pierwszej rozmowie telefonicznej z synem zaraz po tym, jak go napadła. Przyjechałam do letniego domu rodziców pod pozorem odwiedzin (wprosiłam się, bo wcale nie chcieli mnie zaprosić). Pytałam kilkakrotnie synka, czy coś się stało, czy chce wracać do domu. Odmówił - bał się zemsty babci. Dopiero po powrocie powiedział mi, co się tam wydarzyło. W tym samym dniu przez przypadek usłyszałam też rozmowę mojej matki z synkiem (miał swój telefon), w której mówiła o mnie per "ona" i snuła spisek (wypytując go Czy ona słucha? i Czy już poskarżyłeś się pani w szkole, ze ona cię bije? Dziecko próbowało mnie bronić, że przecież nic mu nie zrobiłam. Do takiej właśnie podłości posunie się narcyza.

Zażądałam pilnie rozmowy z nimi. Odbyła się ona przez telefon, byli poza miastem. Na spokojnie zamierzałam rozmawiać o tym, co się wydarzyło, jasno określić, że nie ma najmniejszego usprawiedliwienia na takie sytuacje. A stało się to co zawsze: matka odwróciła kota ogonem. Już od pierwszych chwil rozmowy wsiadła na mnie, oskarżając MNIE, że się znęcam nad dzieckiem (!). Że sobie nie radzę, krzywdzę go, nie leczę, itd. itp. Byłam zszokowana. Nie dali mi dojść do słowa, wrzeszczeli na mnie oboje. Zamiast wyciągnąć konsekwencje za jej zachowanie i przeciąć jej manipulacje względem dziecka nagle musiałam się bronić przed absurdalnymi oskarżeniami. Była to typowa dla narcystycznych psychopatek manipulacja polegająca na oskarżaniu ofiary o to, co samemu się jej zrobiło. To była prawdziwa rzeź na mnie, rzeź dokonana przez ludzi, którzy nazywali się moimi rodzicami.

Nigdy nie skrzywdziłam dziecka. Dwa razy w życiu dałam dziecku klapsa, czego srodze żałowałam i bardzo za to przeprosiłam. Nienawidzę przemocy. Dałam z siebie wszystko dziecku. A moja matka narcyza w typowym dla siebie hucpiarskim stylu postanowiła ze mnie zrobić agresora, by odwrócić uwagę od siebie, swojej agresji fizycznej wobec słabego dziecka i swoich chorych manipulacji. A może zorientowała się już, że metoda przeciągnięcia dziecka na swoją stronę przez robienie z niego Złotego Dziecka nie podziałała. Nie udało jej się zniszczyć naszej wzajemnej miłości. Nie udawało się też nastawianie przeciwko mnie. Więc spróbowała mnie z grubej rury zaatakować, licząc że ktoś uwierzy w takie bezczelne kłamstwa. Jeszcze zanim doszło do tej rozmowy, próbowała się kontaktować z moim mężem za moimi plecami, żeby go wciągnąć do spisku przeciwko mnie. Kolejny raz próbowała wejść między nas i kolejny raz jej się nie udało.

Pękło mi serce w trakcie tej rozmowy. Przejrzałam na oczy. Umarła moja nadzieja, że jest jakakolwiek szansa ułożenia sobie poprawnych kontaktów z tymi ludźmi. Na to, że moje dzieci będą miały prawdziwych, kochających dziadków. Poczułam, że to już koniec. Nie da się porozumieć. Nie ma możliwości dogadać się z tą kobietą i jej niewolnikiem. Nigdy mnie nikt tak nie skrzywdził. Nikt tak nie skrzywdził mojego syna. Uznałam, że czas ostatecznie zerwać kontakty. Rozłączyłam się, nie odpowiedziałam na ich smsy następnego dnia. Przez ponad miesiąc matka się nie odzywała, stosowała Ciche Dni, licząc, że jakoś to się rozejdzie po kościach, jak zwykle, a ona uniknie konsekwencji. Po kilku tygodniach pisemnie oznajmiłam im o zerwaniu kontaktów, podając powody. Dziś wiem, że to był błąd (podawanie powodów), bo oczywiście, odpowiedzieli, matka całkowicie zaprzeczała temu, co się wydarzyło itd. To było moje pierwsze, nieudane Zero Kontaktu.

C. D. N.

niedziela, 6 marca 2016

Narcystyczna babcia, część 3.

Obiecałam, że opiszę swoją historię, zrobię to jednak pomijając/zmieniając niektóre szczegóły - sprawa nie jest zakończona i nie chciałabym ułatwiać niczego mojej matce, gdyby tu trafiła. Niemniej wszystkie zachowania i sytuacje opisane poniżej są prawdziwe.

Moja matka na narzędzie przeciwko mnie wybrała moje niepełnosprawne dziecko. Zacznijmy od tego, że przez pierwsze lata jego życia całkowicie je ignorowała. Długo nawet nie pozwalała moim dzieciom mówić do siebie babciu - w swoim mniemaniu przecież nadal była młodziutką dziewczyną, mającą całe życie przed sobą i okropne wnuki przypominały jej o upływie czasu, o czym żadna narcyza nie chce wiedzieć. Szybko okazało się, że jedno z dzieci jest niepełnosprawne. Niestety, moja matka (a za nią mój ojciec) odrzucali jego diagnozy i oczywiste fakty. Nieraz zranili mnie do żywego twierdząc, że przesadzam, wymyślam sobie, jestem przewrażliwiona i tym podobne narcystyczne gaszenie. Niepełnosprawny wnuk po prostu nie pasował do ich koncepcji wygodnego i pełnego sukcesów życia. Matka nie mogła się nim pochwalić, więc był bezwartościowy. Nie mogliśmy nigdy liczyć na jakiekolwiek wsparcie z ich strony, choć prosiliśmy o nie wyłącznie w sytuacjach podbramkowych, na codzień radziliśmy sobie sami. Nigdy nie pomagali nam w opiece nad dziećmi (para zdrowych i stosunkowo młodych emerytów, bez innych dzieci i niedołężnych rodziców), nigdy nie zostawali z nimi, kiedy były chore itd. Ani jednego razu. Zawsze mieli inne plany i sto pretekstów, żeby odmówić, choć jak wspomniałam, rzadko prosiliśmy. Z własnej inicjatywy nigdy niczego nie proponowali. Chciało mi się płakać, gdy widywałam na spacerze w parku kochające babcie z wnukami. Kilka razy zostali z nimi u nas, kiedy bardzo ich poprosiliśmy w sytuacji ekstremalnej, ale z wielką łaską i potem miesiącami musieliśmy wysłuchiwać o ich szalonym poświęceniu. Oni mieli bogate życie towarzyskie, grali w brydża, śpiewali w chórze, hodowali kwiatki, chodzili do kina, odwiedzali mieszkającą zagranicą siostrę mojej matki. Ona i jej rodzina były dla nich sto razy ważniejsze niż my.

Nigdy nie poświęcili nawet jednego punktu ze swoich towarzysko-rozrywkowych planów, by nam pomóc. Nawet kiedy byłam po ciężkiej operacji, a mój mąż na dłuższym wyjeździe zagranicą. Braliśmy płatne nianie, pomagali nam sąsiedzi i przyjaciele, ale byliśmy ogromnie obciążeni. Synek wymagał ogromnego zaangażowania, jeżdżenia po całym mieście na rozmaite terapie, rehabilitacje, olbrzymiej pracy w domu, specjalnej diety, tryb życia całej rodziny musiał zostać podporządkowany jego potrzebom. A przy tym musiałam znaleźć czas i uwagę dla innych dzieci, ogarnąć dom. Zrezygnowałam na długi czas z pracy, nie dało się połączyć wszystkiego. Mąż skupił się na zarabianiu, bo to wszystko pochłaniało mnóstwo pieniędzy, ale kiedy był w domu, był w pełni zaangażowanym tatą. Do tego moja matka była bardzo  krytyczna wobec syna, wszystkie jego problemy tłumacząc złą wolą/naszym złym wychowaniem. Miałam wtedy w życiu etap uświadamiania sobie, jak straszne było moje dzieciństwo. Bolało mnie, że rodzice nie kochają moich dzieci, tak jak nie kochali mnie i miałam nieustającą nadzieję, że zechcą zostać chociaż dobrymi dziadkami. Niestety, każdy kto miał do czynienia z dziećmi z patologicznych rodzin, wie, że dzieci kochają swoich rodziców, choćby nie wiadomo jak byli okropni i że będą ich na tysiąc sposobów usprawiedliwiać i tłumaczyć. Ja też tak robiłam. Tylko mój mąż, człowiek wychowany przez kochających rodziców, w normalnym domu, nie mógł uwierzyć własnym oczom, jak można być tak egoistycznym i podłym wobec swojej własnej córki i wnuków.

Potem nagle (i to nie wzbudziło moich podejrzeń, a powinno było) stwierdzili, że mogę przywozić dzieci do nich na weekend raz na miesiąc. Ogromnie się ucieszyłam. Zawsze lepszy taki kontakt z dziadkami, niż żaden. Niestety, szybko się okazało, że matka jest zainteresowana tylko synem - ale zainteresowana tylko dlatego, że stanowił wdzięczny obiekt do prowadzenia walki ze mną. Wtedy, oczywiście, nie rozumiałam tego. Bojkotowała wszystkie nasze zasady i wysiłki wkładane w jego rehabilitację, kiedy dziecko było u niej. Specjalnie wybrała jego, bo wiedziała, że nie komunikuje się tak sprawnie jak inni i pewnych rzeczy mi nie powie.  Bagatelizowałam przez dłuższy czas znaki ostrzegawcze - np. że synek płacze, kiedy przyjeżdżam po niego do babci. Tak bardzo chciałam wierzyć, ze coś się w niej zmieniło, że go pokochała. A ona lekceważyła jego zasady dietetyczne, przeciążała go ponad miarę, zachęcała do szkodzących mu zachowań. Nie przestrzegała żadnych zaleceń, które dostaliśmy od lekarzy i terapeutów. Niby przyjęła do wiadomości jego diagnozę, ale postępowała całkowicie wbrew niej. Próbowałam reagować, tłumaczyłam, wysyłałam ją na szkolenia (na które nie chciała chodzić), podsuwałam literaturę (której nigdy nie czytała), bo bardzo długo naiwnie wierzyłam, że to kwestia niezrozumienia, niedostatecznej wiedzy, że to można uzupełnić, wyjaśnić, dogadać. Teraz wiem, że to od początku była zła wola. Moja matka miała plan. Zaczęła od tego, że uczyniła mojego synka Złotym Dzieckiem. Traktowała go jak małego króla, wolno mu było wszystko w domu babci, nie obowiązywały go żadne zasady. Był we wszystkim najlepszy, najmądrzejszy, absolutnie zachwycający. Wolno mu było wszystko, nigdy nie pozwalała mu się przeciwstawiać, ani wyznaczać mu granic. Mój ojciec nieco się przeciw temu buntował, ale że nigdy nie miał nic do powiedzenia w ich domu, więc wszystko toczyło się według jej życzeń. Byłam bardzo naiwna i bardzo się cieszyłam, że ona go tak "kocha". Czasem cierpiałam z powodu tego, że on dostaje tak dużo "miłości", której ja nie miałam, ale cieszyłam się, że on ją ma, chowając głęboko swoje uczucia. Dopiero po jakimś czasie pojęłam, że to nie jest prawdziwa miłość. Zachowanie mojej matki wobec synka pozostawało w jaskrawym kontraście wobec tego jak traktowała pozostałe dzieci i mnie - wrogo, krytycznie lub po prostu obojętnie. Ona robiła to, by nas podzielić, pokazać mi i dzieciom nasze miejsce, dokopać mi. Wprowadzić miedzy nas nierówność i zazdrość. Dzielić i rządzić.

Prawdziwa miłość jest wtedy, kiedy robisz to, co dla dziecka jest dobre, a nie wyłącznie to, czego chce dziecko. Ona chciała być lepsza ode mnie, super babcia, u której wszystko wolno, a jemu zaczęła sączyć powoli jad: mama to była zła, okrutna jędza, która "na nic" nie pozwala. Nie obchodziło ją, że dziecko po weekendzie jest śmiertelnie zmęczone, bo pozwalała mu kłaść się spać o północy. Że wymiotuje po kilogramie czekolady. Że jest koszmarnie pobudzone po całym dniu spędzonym przed telewizorem. Wszyscy dziadkowie rozpieszczają wnuki i nieco naciągają zasady. Ale w jej przypadku to przekroczyło wszelkie granice zdrowego rozsądku. Przy jego niepełnosprawności czyniło mu to ogromną szkodę. Ktoś kto kocha, nie krzywdzi dziecka, tylko dlatego, żeby być "lepszym" i niszczyć swoją córkę. Te kontakty przemieniły się z wolna w wojnę podjazdową. Rozmawiałam z matką, udawała, że nie wie o co mi chodzi i wypierała się, że coś takiego się w ogóle działo. Albo przemawiałam jej do rozsądku, ona obiecywała, że teraz to już będzie przestrzegać zasad i... dalej robiła to samo. Po początkowym okresie, kiedy przymykałam na to oko, zrozumiałam, że to tylko ją rozzuchwala, że wciąż posuwa się dalej, łamiąc wszelkie granice naszej rodziny. To była walka o władzę - nade mną i moim dzieckiem. Zaczęły się przepychanki, tłumaczyłam jej, że prawdziwa miłość wobec dziecka nie polega na tym, że dajemy mu litr coli i trzy paczki czipsów. Ona uważała, że się czepiam, że jestem przewrażliwiona, przesadzam itd. Ignorowała i lekceważyła zarówno moją wiedzę i wieloletnie doświadczenie, jak i zalecenia lekarskie. A przy tym jej postawa ogólna jako babci się nie zmieniła: dla mnie była cała ciężka praca wychowawcza i  terapeutyczna z dzieckiem, dla niej same przyjemności na jej zasadach i rujnowanie moich wysiłków. Nigdy nas, dorosłych nie zapraszała, w niczym nie pomagała, miałam jej przywozić dziecko wtedy, kiedy ona chciała, tam, gdzie ona chciała. Oboje mieli samochody i prawo jazdy, ale nigdy nie przyjeżdżali po niego do nas, a na palcach jednej ręki mogę policzyć te okazje, kiedy zawieźli go na terapię. A zawieźli go tylko dlatego, że zagroziłam, że nie przywiozę go do nich w ten dzień, bo nie mogę poświęcić całego dnia na wożenie go w tę i z powrotem. Szybko zresztą z tego zrezygnowali. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca - pobyty u nich ewidentnie mu nie służyły. Poświęcałam jeden czy dwa weekendy w miesiącu, by go zawieźć i przywieźć (przejeżdżałam jednego dnia blisko 200 km), nie miałam wpływu na to, co ona z nim robi, wszelkie interwencje były jak grochem o ścianę. Synek rósł, a ona zaczęła go wciągać w konspirację przeciwko mamie. Jak trzeba było odrobić lekcje, ona robiła to za niego, ale zabraniała mu o tym mamie mówić, bo to była ich tajemnica. Pozwalała mu grać w okrutne i krwawe gry komputerowe, których wyraźnie zabroniliśmy (miewał po nich lęki i koszmary), bo to była ich tajemnica. Jak prowadziliśmy rozmaite terapie behawioralne z nagrodami, ona zawsze mu dawała maksimum punktów i śmiała się razem z nim, jacy z nas naiwniacy, że dajemy mu nagrody za nic. Nie doceniła jednak tego, że dziecko było ze mną bardzo związane, rozwinęło się i powtarzało mi prawie wszystko, co ona mu mówiła.

Znalazłam się w pułapce. Jak łatwo się domyślić, mojemu synkowi bardzo się pobyty u babci podobały. Dzieci lubią nie myć się, jeść wyłącznie czipsy i bekać w towarzystwie, wywołując salwy śmiechu "zachwyconej" babci (i to w czasie, kiedy próbowaliśmy go oduczyć różnego rodzaju niewłaściwych zachowań). Uwielbiał do niej jeździć. Starałam się powoli ograniczać te wizyty, zdarzały się dłuższe okresy, kiedy po jakimś szczególnie podłym zagraniu matki, że do nich nie jeździł. Nie było to dobre ani dla niego, ani dla nas. Miałam jednak związane ręce - nie wyobrażałam sobie, że mógłby przestać do nich jeździć, a wiedziałam, że oni nie akceptują żadnej innej formy kontaktów. Nie chciałam mu zrobić przykrości. Dziś rozumiem, że nie kierowałam się jego dobrem, ale moim pragnieniem, by dziecko miało pełną rodzinę z dziadkami i obawami przed byciem znowu "tą złą".  Babcia niszczyła powoli naszą więź. Ale mi nie wolno było powiedzieć złego słowa o niej dzieciom - bo zniżyłabym się do jej poziomu. Wkrótce jednak ta bomba wybuchła.

C. D. N.